Strona główna

Rzygające księżyce - part XVIII



- Kawy?
Spytał, prawie w tym samym momencie, kiedy otwierałem oczy po pierwszej nocy, jaką spędziłem w jego atelier. Zagubiony, nie wiedziałem co się dzieje. Pare osób krzątało się to w jedną, to w drugą stronę. Zapach rozpuszczalnika, terpentyny i farb olejnych wydawał się teraz bardziej gryzący niż w nocy. Ogromna masa światła wpadała przez okna i przeszklony dach, by oświetlić to jak rozległe poddasze. Jak w małym hangarze, stalowa konstrukcja wychodziła ze ścian odrapanych miejscami z farby. Zabrałem kawę, paczkę papierosów i wyszedłem na balkon. Wydawało się, że nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi.
Usiadłem opierając głowę o mór, i przez pręgi poręczy widziałem całą panoramę miasta powoli przeciągającą się ze snu. Chłodne powietrze niemalże bez żadnego muśnięcia wiatru, pierwszy papieros. I po chwili, gdy usłyszałem:
- Polubił Cie.
Obróciłem głowę w prawą stronę, zobaczyłem kobietę, opartą ramionami o poręcz balkonu. Odpalała właśnie papierosa, gdy niemalże wyszeptała te dwa słowa. Miała krótkie, ciemne, proste włosy podcięte ku dłuższych z przodu. Z tej perspektywy zasłaniały jej niemalże całą twarz. Okulary z grubszymi czarnymi oprawkami wysuwały się z pod włosów. Kobieta. Dawno nie widziałem kobiety. A może tylko nie zwracałem na nie uwagi. Mogła mieć może pod trzydzieści lat, lekko zgrabna, krucha niemalże.
- Nawet nie chce pytać, co się wczoraj stało. Jego twarz wygląda okropnie. Dobrze, że żyje. To miejsce nie miałoby bez niego sensu.
Nie patrzała w moją stronę wypowiadając te słowa. Gdzieś daleko wybiegła w horyzont, a nogi jej skrzyżowały się, uginając lekko jedną z tyłu. Sukienka, do kolan, przylegała w linii bioder do jej ciała. Brązowa w pofalowane jasne pasy, robocza, ale coś stylowego jakby było w jej ubraniu.
- Czemu nic nie mówisz? Przykro mi z powodu żony. To smutne, że odchodzi od nas tak wielki talent. I cały świat mógłby pogrążyć się w żałobie. Ale nie, niech ludzie, którzy odbierają sobie życie odejdą w spokoju.
Skupiłem jeszcze raz swój wzrok, lekko oszołomiony jej słowami. Nieznajoma kobita współczuje mi śmierci żony. W końcu Jej śmierć przestała być tajemnicą parę tygodni po pogrzebie. A nazwisko Jej mógł poznać wtedy prawie każdy, kto chodź trochę śledził bieg współczesnej, polskiej literatury. Dopiero po śmierci kogoś ludzie potrafią uwolnić w sobie emocje, współczucie, zainteresowanie. Może każdy gdyby nosił ze sobą plakietkę – Mogę dzisiaj zginąć – świat byłby lepszy. Ludzie byliby piękniejsi. Może.
- Nie powiesz nic. Nie szkodzi. – Uśmiechnęła się i spojrzała na mnie.
- To słodkie, że spaliście dziś razem w jednym łóżku. Nie martw się, On nie jest zajęty. – I znów pojawił się uśmiech na jej twarzy, po czym weszła z powrotem do środka.
Gdzie jesteś. Potrzebuje Twych dłoni – wyszeptałem, i poczułem, że mógłbym przetoczyć się przez tą barierkę bez żadnych wyrzutów sumienia. Lecieć przez sekund parę i znaleźć się w tym samym miejscu gdzie Ona. A jeśli nie? Jeśli tam nic nie będzie, stracę nawet po Niej wspomnienia. Jak kiedyś pisała, wspomnienia są takie bogate. Nasączone wszystkimi zmysłami. A często ludzie nie potrafią być bogaci. Nie chciałem przestać jej kochać, nawet jeśli to tak wyglądało. Bo miłość cierpliwa jest, nie pamięta złego, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma. Podobno.


rzemyk
2007-07-24 23:47:46
skomentuj(1)