Strona główna

Rzygające księżyce - part XVII



Ludzi zamęt, krzątanin potoki, wśród ulic ginący, w smaku nieprzyprawiony codzienny jęk rozpaczy. Odbija się echem po uszach, od miodu zaschniętych, przez lata trwający, od świtu do świtu żywot jednorazowy. W powietrzu toksyny, w jedzeniu chemia, już nawet ludzi kolor oczu zmienia szklana zasłona. Pędziła ku czemu codzienność spocona i ślepa. Przed siebie, coraz dalej, po stosie trumien wzbić chciała się – a zasypiała samotna. Marzenia skarcone za wybujały polot ich ku górze. Lepiej nie cierpieć, niż krwawić ich zawodem. Wszystko to za oknem, za ścianą, pode mną, nade mną. I teraz pamiętam, kiedy obiecywałem sobie, że nie poddam się ku szaleństwu temu za tylko pieniądze.
Zaraz zadzwoni budzik. Co ja robię. – szepnąłem.
Dzień zacząłem od kawy jak kiedyś zwykłem to robić. Wcześniej wyciągnąłem z szafy sztruksowy garnitur, czarną koszulkę, bieliznę, spodnie. To dzisiaj, drugi koniec Polski. Z kubkiem w dłoni myślałem nad tym, że zaraz wsiądę w samochód. Czy oby wszystko zabrałem. To tylko jeden dzień, góra dwa. Może wezmę jeszcze Jej książkę – pomyślałem. Kochałem jej pasje, chyba nawet bardziej niż mogła to pojąć. Mój ulubiony pisarz zasypiał kiedyś obok mnie. Tak bardzo martwiłem się, gdy czytałem wszystko to, co napisała, nie wyobrażając sobie ile smutku może nosić w sobie jeden człowiek. I martwiłem się, bo przecież nic nie bierze się z powietrza. Setek twarzy przybrać mogła w tysiącach zdań. Być każdym, i każdego rozumieć tak samo indywidualnie. Świat mógłby pogrążyć się w żałobie bo stracił tak wyjątkową osobę. Moją miłość, jedyną, prawdziwą, która na moment zakochała się w nudnym informatyku. I on też na moment poczuł, co to kochać – z obydwóch stron tego słowa. Martwiłem się o nią nie mniej niż żona górnika, czy marynarza, której mąż wyruszał do pracy. Każde zdanie nieraz było jak godzina dłużej ich niepowrotu do domu. Przy każdym skończeniu jej nowego opowiadania siadaliśmy razem, nieraz w ciszy, nieraz rozmawiając czy coś oby się nie stało. Zawsze czekając na jej słowa, które uspokoić miały mnie na chwile. Bo nigdy nie powiedziałem sobie, że to poetka – może pisać o wszystkim, jak rzemieślnik podchodzić do jej pracy. To dziwne, ale gdy ona z jakiegoś powodu była smutna, to ja potrzebowałem jej bliskości. Bałem się, że kiedyś o mnie zapomni. Byłem prostym człowiekiem, wystarczyła czyjaś obecność do tego bym poczuł się lepiej. Krzyczałem sam do siebie – Jestem tutaj!, przy Tobie, z Tobą, nie zostawię Cię. Nie pomogło. I już za późno by naprawić cokolwiek. Umyłem kubek z fusami od kawy na dnie, odkładając go do szafki. Chwyciłem torbę podręczną, zamknąłem drzwi mieszkania na dwa zamki i ruszyłem – tylko z ciekawości. Podróż nie przyniosła mi nic nowego. Może poza rozdrapanymi paroma wspomnieniami, gdy tankowałem samochód, kiedy to widziałem ludzi, rodziny, uśmiechy i muzykę w tle. Piosenki na stacjach benzynowych wydawały się też inne. Pachniały melancholią, kiedy widziało się tych przyjeżdżających i odjeżdżających. Bo jak inaczej mogły pachnieć? Zabawą? Prawie jak na dyskotece, przy barze. Samochody napełniając bak piwa i ruszały bawić się dalej. Dojechałem tam parę godzin przed wieczornym wernisażem. I jeszcze chwile pochodziłem po mieście szukając jakiegoś motelu. Myślałem o powrocie, co zrobię gdy wrócę do domu. I tylko myśl nad widokiem nocnych fal, plaży i morzu prosiła mnie bym został chwilkę dłużej. Poszedłem jeszcze Bałtyk ten zobaczyć na moment. Jak magnez przyciągał mnie swą gościnnością. O nic nie pytał, nie miał żadnych pretensji, na nic nie krzyczał. Czekał tam od wieków na ludzi smutnych i szczęśliwych. Bałtyk, moje morze. Spojrzałem na zegarek – zaraz się zacznie. Spóźnię się zanim tam dotrę. Nieważne. Przed galerią stos samochodów, ludzi wymieniających słowa nawzajem, od czasu do czasu błysk lamp aparatów. Założyłem okulary, by lepiej widzieć to, po co przyjechałem, tutaj, z mojego domu, i wszedłem do środka. Obrazów nie było dużo, ale ludzie lgnęli jak muchy do każdego z nich. Realny surrealizm w obrazach Amadeusza widać zyskał sobie aprobatę wśród nich wszystkich. „Dom bez okien” po lewo. „Staruszka na światłach” po prawo. „Czterej jeźdźców apokalipsy”, jak przed bitwą na koniach zwróceni twarzą ku sobie, „Nic co ludzkie, nie jest mi obce” i dziewczyna z krwią między nogami, „Madonna z dzieciątkiem” której łzy mogły mówić – Czemu ja. I jeszcze kilka innych, na których myśl odwracało się głowę w inna stronę. Na środku, w centrum, w głębi pomieszczenia „Rzygające księżyce”. Rzygające księżyce – trzy metry na dwa szerokości. Stałem tak przed nim, jakby to Ona tam stała przede mną. Nie mogłem złapać oddechu, oczy już same zwilżyły się ciężko. Ktoś rozmawiał za plecami, komentował, usłyszałem, że zaraz ma przemawiać sam autor.
Nie widziałem go, on staną obok, chwile patrząc chyba na mnie.
- To dla Niej… Witam. Widzę, że dostaliście zaproszenie.
Obróciłem głowę w jego stronę, serce skoczyło mi do gardła i ręce drżeć zaczęły mi jakoś nienaturalnie.
- Może wyjdziemy na moment? – zapytał z ciekawością w głosie.
- Słyszałem, że zaraz masz przemawiać.
- Tak, ale wiesz co? Pieprzyć to. Jeśli nie zobaczyłeś wszystkich obrazów, pokaże ci lepsze u mnie w pracowni. Jeszcze chwila tutaj i zwariuje. Proszę, idziesz?
Wyszliśmy, i nie obyło się bez wzroków patrzących ze zdumieniem jak to on wyszedłszy z galerii nikomu nie powiedział ani słowa. Szliśmy tak chodnikiem, a on nie odzywał się przez dłuższy czas. I później zapytał.
- Widzę, że nie najlepiej się czujesz, może kupimy coś do picia?
- Proponując mi alkohol, czy oby to ja się źle czuje?
Uśmiechnął się dziwnie i wszedł na chwile do sklepu. I tak wylądowaliśmy z dwoma butelkami wina na plaży w nocy. Jak jakieś szczeniaki zakochane usiadłszy na pisaku opróżniliśmy je z zawartości. Zahaczyliśmy parę tematów, zupełnie nieznaczących, pierdoły o pogodzie, wystawie i morzu.
- Powiesz mi, co się stało? Czemu mam wrażenie, ze nie przyjechał byś tu sam bez Niej. Nie chciałem pytać, ale czy wszystko w porządku?
I wtedy cos we mnie pękło. Rzuciłem się na niego z nigdy jeszcze aż tak niewyzwoloną złością. Zacząłem okładać jego twarz pięściami. Zasłaniał się niezgrabnie chudymi ramionami. A ja czułem jak zaciśnięte kości mojej dłoni niemalże łamią mu czaszkę. Krew popłynęła z nosa i łuku brwiowego. Moczyłem uderzeniami moimi ręce w jego krwi. On nie odepchną mnie w żaden sposób, nie próbował uderzyć. W pewnym momencie przestał się zasłaniać, i uśmiechnął się lekko. Przestałem. Upadłem na bok i rozpłakałem się. Jak dziecko, nie wiedzieć czemu. Wyłem, skomlałem, zacisnąłem pięść z piaskiem. Ryczałem, jak nigdy przed tem. Ziarenka piasku same wtopiły się w moje usta. On usiadł, podparł się rękoma o kolana, wypluł resztki krwi z buzi między nogi. Wziął głęboki oddech i powiedział:

- Już chyba pora na nas. Masz się gdzie zatrzymać?



rzemyk
2007-05-07 12:48:25
skomentuj(7)