| rzemykblog - archiwum: Rzygające księżyce - part XVI |
| Strona główna |
Rzygające księżyce - part XVIPierwsza paczka, druga, czasem trzecia. Alkohol i cisza. Gdy rano budząc się czułem serce jakby oszalałe, myślałem. Pęknie może. Może dziś. Aż dziwne, że jeszcze żyłem. Płynąłem, wśród chwil zamętu i zapachu miejskich bram. Przed siebie, gdziekolwiek. Płynąłem. Między kałuż rozlewiskiem i widokiem latarnianych pomarańczy na twarzach osób mnie mijających. Sam. Przestałem mówić. Bo do kogo, bo po co. Chciało mi się wymiotować i płakać jednocześnie, jednocześnie lecieć i przewracać. Rozbić to ociekające szkło sprzed moich oczu i patrzeć wciąż przez nie. Tak strasznie byłem rozbity, obtarty ze wszystkich stron. Taki nagi, obnażony, pobity, podparzony, wyszydzony przez swoje ideały. Trudno mi zacisnąć dłoń, nawet teraz. Może leki byłby lepszą drogą niż znieczulający płaszcz alkoholu, nikotyny, tlenku węgla, łez i wspomnień. I znów może. Może żyłaby gdyby, może tak musiało być, może skończę już ja, istnieć. Może. I co dalej – myślałem. Nic nie przyniesie mi jutro, pojutrze, kiedykolwiek. Legalnie zabijałem się wśród kilku ścian, bo tak można, najprościej, bez wyrzutów sumienia za siebie, z przyzwoleniem społeczeństwa. A może już nie żyłem. Powietrzem mogłem być, kurzem na parapecie. Czymkolwiek. Jakoś tak łatwiej przychodziły chwile, gdy oczy miałem zamknięte. Ile jeszcze mogłem tak pożyć, tydzień, dwa. A w myślach wszystko to, czego nie udało mi się zrobić w życiu. Kilkanaście marzeń spisanych na kartce, które prześladowcą dla mnie się stały. Papierowy terrorysta, który nie pozwalał mi spaść z tego świata. Chociaż to z dnia na dzień mniej istotne się stawało, bo nie żyłem dla siebie, żyłem dla niej. Nasz malutki toksyczny związek. Była dla mnie tym, czego nigdy w życiu nie dostałem. A ja nie byłem dla niej tym, czego doświadczała wciąż w życiu. Przynajmniej tak mi się wydawało. A teraz nie mogę na nic co było wcześniej nie patrzeć z perspektywy dnia, w którym odebrała sobie życie. Może tutaj była ta granica, której nie mogłem przekroczyć. Nie potrafiłem powiedzieć sobie, że mogła kłamać i żyć jakoś dalej. Cały czas wierzyłem w to, co nas łączyło. Jej świat skończył się wraz z jej śmiercią, ale mój trwał dalej, teraz ten brzydszy, brudniejszy. Siedziałem gdzieś w kącie z dopalonym papierosem w dłoni, jak zawsze ze wzrokiem stopionym, zaschniętym jak wosk marny. Po prostu, siedziałem. W myślach bełkocząc bzdury. Nie pamiętam czy rano, czy wieczorem, czy było ciepło, czy zimno, czy lato, czy wiosna. Siedziałem, a dni same uciekały mi za oknem. *pukanie do drzwi* I jakby ktoś pierdolną mnie przez łeb. Wstałem, co się dzieje? Pukanie do drzwi. Goście, może to Ona! Jaki syf w mieszkaniu. Nie może mnie zobaczyć w takim stanie, nie może zobaczyć tego chlewu. Otworze okno, pozbieram szkło, szybko – odkurzacz. Ścierka – kurze. Do łazienki, prysznic, golenie, świeże ubranie. Później zmywanie, szybko. I skończone. Poszedłem do drzwi otworzyć. Za nimi nikogo już nie było. Stałem tak chwile wpatrując się to raz w górę klatki schodowej, raz w dół. Cisza, pusto. Poszedłem zobaczyć skrzynkę na listy. Jest, nie rachunek, nie reklamy. Biała koperta, a na niej Jej imię. Wróciłemm do mieszkania i odłożyłem ją delikatnie na stoliku przy łóżku. Nikt tego nie otworzy poza mną. Niecierpliwymi dłońmi wysunąłem szufladę i wyciągnąłem nożyczki. Starannie, po krawędzi rozciąłem brzeg koperty. Zaproszenie dla Niej i dla mnie na otwarcie wystawy Amadeusza. Nienawidziłem tego człowieka, chociaż nikomu o tym nie powiedziałem. Malarz. Robił dla niej okładkę książki Rzygających księżyców. Nienawidziłem tego, w jaki sposób na Nią patrzy, w jaki sposób Ona na niego spogląda. Myślałem, czemu jestem tylko sobą. Nienawidziłem też siebie przy nim. Byłem taki bez sensu, gdy stawał obok mnie. Ona jednak go polubiła. - Pójdę, pójdę zobaczyć tego chuja. rzemyk 2007-03-26 12:22:52 skomentuj(11) |