Strona główna

Rzygające księżyce - part XIII



Była noc, moment, w którym moje uszy nie wytrzymywały już dźwięków głośnej muzyki a alkohol zgrabnie pozbawiał władności ruchów przeze mnie wykonywanych. Myśli jednak pozostały trzeźwe, może trochę bardziej od wódki poszarpane, wychodziły na zewnątrz, skruszone tylko na ten wieczór przez puste butelki pod stołem leżące. Patrzałem na tańczących ludzi, nieśmiałe muśnięcia ciał, flirty, zabawne słowa wypowiadane na głos i uśmiechy na twarzach osób ich słuchających. A do mnie jakby nic nie docierało, te wszystkie głosy, zdania, gesty. Dziwne uczucie nieobecności wśród tylu osób mnie otaczających. Siedziałem gdzieś z boku pod ścianą obok znajomych, których nie znałem. Rozmawiali śmiali się, szeptali. Nic tylko szum, jak w pustym pokoju pełnym ludzi. Tak bardzo nie potrafiłem znieść widoku uścisków i ruchów ciał, jak podczas bezemocionalnego stosunku, do utworów tańczących. Każde moje spojrzenie puszyło się ciężkim odorem do tych, którzy potrafili cieszyć się chwilą. Może to zazdrość tylko była, może niezdarny instynkt chęci przynależności do społeczeństwa. Tej właśnie uśmiechniętej grypy, cieszącej się pod wpływem alkoholu i głośnej, transowej muzyki z okazji końca roku szkolnego. Od czasu do czasu podchodzili do mnie, gdzieś wtedy rozproszeni po obiekcie, bliżsi znajomi i przemiły gospodarz z pytaniem jak się bawię, czy czegoś potrzebuje, z chęcią wyciągnięcia mnie na parkiet, lub na łyka zimnej, gorzkiej wódki. Z niewidocznymi łzami w oczach odpowiadałem, że jest świetnie i potrzebuje trochę odpocząć od nadmiaru alkoholu. Płakać mi się chciało widząc swoich ostatnich znajomych, którzy martwili się o mnie. Dla których moje szczęście i smutek coś znaczyło, a ja w tym momencie mnie potrafiłem dać dla nich czegoś od siebie, trochę szczęścia by nie zaprzątali sobie mną głowy. Dzisiaj, kiedy mogli pozwolić sobie na złapanie oddechu, na zasłużony odpoczynek od roku nauki. Wydawało się, że to nie było w porządku wobec nich, wobec wszystkich, którzy tam byli. Nawet dziwne, że ktoś chciał zapraszać mnie jeszcze na takie imprezy. A ja nie potrafiłem, wyszedłem. Mając nadzieje, że odciążę trochę atmosferę wśród tych, którzy widzieli mnie tępo wpatrującego się w stopy tańczących osób.
Noc, chłodne, ale przyjemne, wilgotne, rześkie powietrze wokół domku nad jeziorem unosiło się wokół mnie. Parędziesiąt metrów dalej ciemny las a nad głową piękne czyste niebo i milion gwiazd. Na zewnątrz nie było już nikogo. Zabrałem jeszcze ze sobą butelkę z piwem i paczkę papierosów by towarzyszyły mi podczas tej małej ucieczki od siebie wśród innych. Jedną mą dłoń schowałem w kieszeń, wziąłem głęboki oddech i powoli wpatrując się w ziemię by nie potknąć się o nic ruszyłem w stronę wody. Muzyka przyciszała się coraz bardziej wraz z powiększającą się odległością pomiędzy stawem a światłem z okien, w których bawili się ludzie. Parę razy straciłem równowagę zataczając się w prawą stronę i szybko łapiąc równe tępo stawiania kroków. Tak właśnie działała mnie alkohol, sponiewierając ciało i wyostrzając świadomość beznadziejności. Ale nie przejmowałem się tym, nie było już przy mnie nikogo. Znalazłem kawałek deski, na której usiadłem kładąc ją na betonowym podeście przy jeziorze, tuż nad taflą wody odbijającą, jak lustro każde me spojrzenie. Usiadłszy tak by nogi zwisały zaledwie parę centymetrów nad jeziorem zapaliłem papierosa i oparłem głowę o dłoń go trzymającego. Kolejny ciężki oddech, którym wypuściłem to małe, ale ciężkie napięcie z mięśni otrzeźwił mnie przez chwilę. Cisza, spokój, gdzieniegdzie odgłos małych przyjaciół zamieszkujących brzegi wody. Papieros zgasł a butelka powoli wydawała się sama opróżniać z piwa w niej będącego. Przesiedziałem tak wpatrując się w jasny księżyc długi czas. Ile osób zwracało się do niego w tym momencie. Wyżalało jak wtedy ja z smutków, problemów szukając zrozumienia. Taki piękny, jasnozłoty, może już rzygał z ich nadmiaru. Z nadmiaru tych ludzkich problemów i smutków, nie mogąc, ale chcąc pomóc, wymiotował. Na chwile zamknąłem oczy.
Na pół świadomy usłyszałem kroki, które zmierzały w moją stronę. Małe, powolne, ale zdecydowane. Może ktoś musiał się przewietrzyć, może jakiś znajomy upił się i chciał się pożegnać przed snem lub powrotem do domu – myślałem. Biernie i powoli, lekko otworzyłem oczy wpatrując się cały czas w wilgotną, świecącą gwiazdami powierzchnię wody.
Poczułem kobiece dłonie, które delikatnie z tyłu, wsunęły się pod me ramiona oplatając z przodu mój brzuch. Subtelnie zacisnęły się na nim w bezimiennym uścisku. Poczułem także delikatne piersi, które dotknęły moich pleców i jakby lekko śpiącą, niewinną twarz, która przytuliła się policzkiem do mojego ubrania. Nie byłem przyzwyczajony do kobiecego dotyku, ale siedziałem tam w bezruchu, spokojnie. Czując to, jakby ktoś chciał mnie zrozumieć. Bez żadnego słowa, tylko łza spłynęła mi z oczu, a serce biło jakby nienaturalnie szybko. Jeszcze na chwile skupiłem się na pierścionku, którego miała założonego na kciuku. Srebrny, stylowy, gładki, złożony z dwóch części splatających się w jednym punkcie w całość. I później tylko zamknąłem oczy chłonąc każdą sekundę tej chwili.
Wtedy poczułem Jej dotyk po raz ostatni, by później zakochiwać się w Niej codziennie, jak wtedy nad jeziorem, gdy rano obudziłem się już sam i nikogo przy mnie nie było.

Jeśli miałbym zacząć tą historię, tutaj właśnie miała swój początek.



rzemyk
2006-11-03 00:15:01
skomentuj(9)