Strona główna

Rzygające księżyce - part VI



Otworzyłem drzwi od mieszkania. Tylko światło, które przeszyło przedpokój na parę sekund, rozświetliło to dnie sarkofagu, które gniło bez życia już kolejny dzień. Przepełnione ciszą, zastygłe, nieme. Teraz wydawało się tak bardzo obce, nieznajome życiu, ciepłu, jakie niegdyś biło już po pierwszym kroku, jakie stawiało się w tym pomieszczeniu. Teraz ocieka tylko wspomnieniami. Jaki chłód tam wtedy panował. Nikt nie podkręcił na noc kaloryferów, złudnego ciepła na zawołanie, i niemalże bez różnicy pokonywało się klatkę schodową przekraczając progi drzwi wejściowych. Ściągnąłem płaszcz, zamknąłem drzwi, odłożyłem klucze. Poszedłem do łazienki. Nie zapalając światła zamknąłem się w niej i położyłem przy ścianie. Poczułem lodowaty dotyk podłogi, który wysysał resztki chłodu z mej krwi. Było tak ciemno, że nie mogłem zobaczyć nawet swoich dłoni. Żadnych okien, żadnej szczeliny w drzwiach. Żadnego światła, które mogłoby mnie zobaczyć. Łzy zaczęły spływać mi po twarzy delikatnie wtapiając się z miękki ręcznik. Na nim, jej zapach. Słodki zapach jej włosów, który potęgował wbijającą się świadomość jej nieistnienia. Dziwne, niezrozumiałe ruchy, zaczęły formować moje ciało, a autystyczne gesty, zamykały gdzieś we mnie resztki świadomości. Łzy, jęki, cisza. Wszystko w ciemnej, szczelnie zamkniętej łazience, gdzie rozsądek stracił jakiekolwiek przywileje. I tak przez kilkanaście bolesnych minut. Czułem jak myśli wybiegają poza ciało, jak cierpienie uchodzi ze mnie w każdym geście, w każdej łzie, każdym jęku. Powoli moje ciało zaczynało się uspokajać. Ręce, jakby coraz słabiej drżały, krople łez poczynały zasychać pod przekrwionymi oczami. Ruchy, wydawały się bardziej oswojone. Oddech sam powoli normował ciężkie wdechy ciemnego powietrza. Zastygłem bez ruchu. Głowa moja spoczywała na wyprostowanej wzdłuż ciała ręce. Wzrok jakby zamarzł w jednej pozycji spoglądając gdzieś w głębię ciemności. Leżałem tak, bez najmniejszego ruchu palcem przez długi czas. Jak żałośnie wtedy musiałem wyglądać. Taki słaby, poddany emocją, uczuciom. Poddany sobie samemu. Wstałem, włożyłem głowę pod kran i puściłem zimną wodę. Przemyła one słone ślady po łzach, które wyżerały czerwone znamienia na policzkach. Wyglądało to niczym krew, zostawiając po sobie ślad na twarzy, popłynęła z mych oczu. Zapaliłem światło. Długim, energicznym ruchem rozwinąłem sporą część papieru toaletowego i wydmuchałem całą wilgoć, jaka osadziła się w zarumienionym nosie. Nie patrząc w stronę lustra, wrzuciłem ręcznik do kosza na pranie, znajdujący się tuż pod nim. Wyszedłem z łazienki, jak gdyby nigdy nic. Kolacja, ciepła herbata, tabletki. Skończywszy jedzenie, wziąłem do połowy pusty, ciemny, granatowy kubek i poszedłem do sypialni. Włączyłem z niechęcią i świadomością, że na przycisku spoczywał jeszcze Jej dotyk, lampę, dokładnie tą, jaka zawsze paliła się, gdy pisała Ona swoje książki. Z identycznym pohamowaniem, zachowałem się z przyciskiem uruchamiającym komputer. Ostrożnymi ruchami, odszukałem ostatnio otwarty plik.. Był to: „Rzygające_księżyce.doc”. Zacząłem czytać.

(…) Słowa jak żyletki spływały mu z powrotem do gardła. Nie mógł jej tego powiedzieć. Jej, jedynemu szczęściu, jakie spotkało go w życiu. Nikt nigdy wcześniej nie kochał tak, jak on ją. Po prostu nie mógł. Unikał jej spojrzenia. Głębokim oddechem hamował, gromadzący się w nim, płacz. Przecież, to tylko jedno zdanie. Tylko jedno zdanie, które ćwiczył cały poranek. - No powiedz to wreszcie. – krzyknął w głowie sam do siebie - Łza spłynęła po jego policzku. Szybkim ruchem, wytarł ją w róg pościeli. Na szczęście nie zobaczyła tego Ewa, wyjmująca czystą piżamę z plecaka.
- Dziś zostanę trochę dłużej, nie obrazisz się ? – Zapytała z ciepłym uśmiechem na twarzy, jakby z zadowoleniem, że rozplanowała trochę więcej czasu dla niego.
- Zrobisz cos dla mnie ?
- Oczywiście, o co chodzi ? – I znów ten niewinny uśmiech pojawił się na jej twarzy. Dla tego uśmiechu jeszcze budził się rano. Nie poddawał się. Ale wiedział, że to kiedyś musi się skończyć. Im prędzej tym lepiej. Dla niej. Wszystko dla niej.
- Cokolwiek by się działo, nie zapomnisz o mnie prawda ?
- Oczywiście że nie, w ogóle skąd Ci przychodzą do głowy takie pytania ? – Mała, ironiczna cisza nastała po tym zdaniu. Znów wszystko, by tylko odciągnąć jego temat jak najdalej. By, jak najmniej o tym myślał.
- Wiesz… jeszcze przed tym…
- Tak ?
- Trochę przed tym całym zamieszaniem, ze mną, szpitalem… - Czuł to przenikliwe spojrzenie na jego oczach. Wiedział, że nie chciałaby, aby kończył to zdanie. Nie chciała tego. – Ewa, zdradziłem cię. – I wtedy, jakby wszystkie dźwięki pękły rozpływając się w ciszy.
Jej wzrok zaczął błądzić po pościeli. Brwi delikatnie przymrużyły się jakby z niedowierzania. Oczy stawały się coraz bardziej wilgotne. Zamknęła je na chwilę, po czym wstała. Zaczęła pakować swoje rzeczy. Gdy skończyła, jej wzrok skupił się na nim. Podeszła i pocałowała go w policzek, jakby chcąc powiedzieć jeszcze słowo do ucha. Jej delikatne rude włosy, po raz ostatni dotknęły jego bladej twarzy, a jej kobieca dłoń ostatni raz musnęła jego ręki. Nie powiedziała nic, wyszła.
- Czemu mi to robisz !? – Wyszeptał, i z ostatnim słowem z wielkim trudem przewrócił się na brzuch. Jego twarz wtopiła się w poduszkę, idealnie przylegając w te miejsca, które odpowiedzialne za oddychanie, niczym duszone spoczywały teraz na materiale. Jego twarz rozdarło nieopisane cierpienie. Zaczął płakać. Poduszka niezgrabnie tylko tłumiła jego krzyki, złość i ból. Zaczął wdychać przez nią powietrze, jakby czekając aż się wreszcie skończy, czując jednocześnie obrzydzenie, że jeszcze oddycha. Ale powietrze wciąż tam było. Tym razem poczucie bezradności przytłoczyło każdy odgłos, jaki z siebie wydawał. Została tylko cisza i łzy.
Niedługo po wyjściu Ewy, pielęgniarka, która przez przypadek zauważyła leżącego plecami do góry chłopaka, pomogła przetoczyć go z powrotem do normalnej pozycji, pytając jednocześnie o powód leżenia w ten sposób. Wytłumaczył się odparzeniami, jakie zaczęły pojawiać się od nieustannego leżenia w łóżku.
- Przyniesie mi siostra wózek? Chciałbym pojechać na świetlicę pooglądać telewizję.
- Ty znów tam. Nie za dużo tej telewizji? – Odparła jakby z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy. – Może znalazłeś tam jakaś młodą pannę?
- Niech Pani nawet tak nie żartuje.
- Tylko pytam. A czemu siostra dziś tak wcześnie wyszła? Śpieszyła się gdzieś?
- Siostra?
- To nie rodzina? Tak panem się codziennie opiekuje, że myślałam, że to pańska siostra. Niech pan bierze z niej przykład. Ile ona ma w sobie energii. Bidulka… – Jaki wstręt wtedy do siebie poczuł. Z niepewnością pocieszał się tylko swoją decyzją
- Proszę, niech siostra przywiezie mi ten wózek.
- No już chwilka. Zaraz wracam. – Po chwili przyszła pchając przed sobą szpitalny, jasny wózek dla niepełnosprawnych. Jaką oznaką słabości był dla niego ten niewygodny fotel na kółkach. Dobitną zapowiedzią bezsilności, nieporadności, nawet śmierci.
- Podaj mi rękę, pomogę ci. – Powiedziała pielęgniarka, wysuwając swoją dłoń w jego stronę.
- Dziękuję, ale niech siostra przytrzyma tylko wózek.
- Wiesz, że taką postawą nic nie zdziałasz. – Odparła widząc, jak męczy się on z uniesieniem swojego ciała na dwóch, mizernie zbudowanych ramionach. – Pomogę Ci. – Powiedziała nie mogąc patrzeć na jego męki i wysiłek.
- Niech siostra nie pozbawia mnie resztki mojej samodzielności. Dziękuje, ale poradzę sobie. – I ostatnimi siłami udało mu się przetoczyć na ruchomy fotel. Po czym jakby z niezmordowaną ambicją zaczął sam wprawiać go w ruch i kierować w stronę świetlicy. Współczucie wtedy wyjątkowo przeszyło nawet pielęgniarkę, którą nieczęsto dotykały refleksje na temat sprawiedliwości na tym świecie.
- Jak dobrze, że ma kogoś, kto się nim opiekuje. Ale ta bidulka, biedna wykończy się przy nim. – Pomyślała usiadłszy na chwile, poczym wyszła po chwili z pustego pokoju.
Pod wieczór, gdy wiedział, że zaraz przyjdzie po niego jakaś pielęgniarka, możliwie jak najciszej udał się z powrotem do swojego pokoju. Wtedy już wszystko było obmyślane, każdy szczegół zaplanowany, niemalże z piekielną dokładnością. Nie zapalając światła, podjechał do łóżka od strony okien, by każdy, kto wchodził do pomieszczenia widział go śpiącego, a nie będący za nim wózek. Z trudem wtoczył się z powrotem na łóżko i udając że śpi, czekał na pielęgniarkę która po raz ostatni już odwiedzała pokoje pacjentów. I czekał tak, dokładnie do godziny pierwszej w nocy. Na stoliku, tuż obok, naszykował zawiniętą w ścierkę szklankę, którą po kryjomu ukradł starszej pani na świetlicy. Z trudem, ale zachowując największą ostrożność wtoczył się na pozostawiony wieczorem fotel dla niepełnosprawnych i wyglądając jeszcze ostrożnie zza drzwi upewnił się, czy nikt nie idzie. Chusta z szklanką spoczywała już na jego bezwładnych nogach, gdy on zmierzał ku łazience. Ostrożnie uchylił drzwi i wjechał do środka na wyłożoną kafelkami podłogę. Zamknął zamek od środka. Ruchy jego zaczynały być coraz bardziej energiczne, zdenerwowane, niepewne. Szybko chwycił niebieską miskę, jaka podparta o ścianę leżała pod zlewem. Jedną stronę chusty przyłożył do kranu, drugą zaś do środka miski. Odkręcił gorącą wodę, i niemalże bez żadnego dźwięku woda sącząc się przez ścierkę napełniła do połowy plastikowe naczynie. Zakręcił kran i znów owinął mokrą chustą szklankę. Położył ją na udach, po czym biorąc zamach uderzył w nią z całej siły. I znów obyło się bez większego hałasu. Chwycił największy z zbitych kawałków szkła i włożył go do miski, którą położył na kolanach. Całą resztę zawiną starannie i zostawił w zlewie. Podjechał pod okno, które jako jedyne rozświetlało osnute w cieniu pomieszczenie. Zamknął oczy. Jego lewa dłoń chwyciła odłamek szkła, który zanurzony w gorącej wodzie, jakby tylko czekał na wykonanie egzekucji. Zrobił to. Jedno szybkie pociągnięcie wzdłuż nadgarstka owinęło czerwienią jego całą bladą rękę. Serce jego biło tak mocno, ze niemal przez ubranie można było dopatrzyć się pulsującego tupotu serca. Zęby boleśnie zacisnęły się nie chcąc wypuścić krzyku, jaki ściskał go za płuca. Ręce trzęsły się niczym z zimna w gorącej wodzie. I krew, wszędzie krew, na jego ubraniu, podłodze, w misce. Pogrążona w smutku odbijała w sobie czerwone światła gwiazd. Opuścił on głowę opierając ja na ramieniu i wyszeptał resztkami sił.
– Wybacz. Mam nadzieje, że zrozumiesz. Dla niej wszystko, dla Ewy. Jakie życie by ze mną miała. Postępujący paraliż zamienia mnie w plastik nie w człowieka. Przeproś ją ode mnie. Proszę, przepraszam, dziękuje, za wszystko. - I tylko jeszcze kontem oka spojrzał w stronę okna, czując jak obraz zamazuje mu się przed oczami. Jak ciemna masa oblewa swą nicością świecący księżyc. A ten niczym rzygając ciemnością płacze w jego stronę.



rzemyk
2005-10-12 16:34:08
skomentuj(14)