Strona główna

Rzygające księżyce - part II



Ta chwila, zaledwie parę sekund, które wypełniało czas, gdzieś pomiędzy stanem urojonego paraliżu wiary w życie a dzwonkiem budzika, przepełniona została kojącym widokiem.
Siedziała tam, jak zazwyczaj rano, pisząc swą kolejną książkę, a jej osoba wypełniona była niepowtarzalną wdzięcznością za życie, które już od samego rana nie pozwalało marnować ani minuty z każdego jej dnia. Tuż przy moim łóżku, zaledwie na wyciągniecie ręki. Leżałem tam patrząc na nią i czując jak serce moje z każdym uderzeniem jakby coraz wolniej biło, chcąc przystanąć i odpocząć, od chwili narodzin aż do teraz, by zatrzymać się, i już na zawsze zachować tą właśnie chwile. Gdy pierwsze promienie słońca, które zdążyły zadomowić się w mieszkaniu delikatnie dotykały jej ramion i pleców. Wplątywały się w jej piękne złote włosy zaczesane z tyłu głowy w jeden luźny kok, z którego miejscami wystawały pojedyncze, długie, kosmyki włosów. W powietrzu unosił się aromat świeżo zaparzonej kawy i słodki zapach wczorajszych kwiatów, których nikt nie włożył do wody. Delikatne, kobiece dłonie z srebrnym pierścionkiem, który dostała ode mnie na rocznicę i srebrną obrączką, którą założyła rok przed rocznicą i nigdy jej już nie zdjęła. Często przesiadywała, pisząc przy tym stoliku. Zamyślona, ze wzrokiem zawieszonym gdzieś w próżni, skradzionym przez jej wyobraźnię. Czasami można było zobaczyć delikatny uśmiech na jej ustach. Jak gdyby jej wymyślony świat zawstydzał ją przez moment i tylko przez moment, bo szybko zapisywała każdą chwilę, która mogła wydawać się wiecznością. Gdy pisała o rzeczach smutnych, patrzała tylko na klawiaturę, jakby bojąc się słów, które zdanie po zdaniu wyświetlały się na monitorze. Czasami wcześnie rano, czasami późno wieczorem. Nierzadko zasypiała właśnie tam, a jej ręce jakby jeszcze chcąc coś napisać, zastygły w miejscu, bezwładnie zasypiając na klawiaturze. Czasami wracając później z pracy, mogłem zastać ją właśnie w takim stanie. Śpiącą przy włączonym komputerze i zapalonej lampie stojącej tuż przy stoliku, wraz z zapachem świeżo otwartego wina i unoszącej się w powietrzu melancholii. Zamykałem wtedy komputer, i zanosiłem ją do łóżka. Starałem się nie robić dużo hałasu szykując kolacje i biorąc prysznic. Kładąc się obok, nieraz mogłem usłyszeć od niej wyszeptane „dziękuję” z zamkniętymi oczami i uśmiechem, dokładnie tym uśmiechem, który towarzyszył jej podczas pisania. Skrytym gdzieś między chwilowym przebudzeniem, szczęściem i dalszym snem. Dla tego słowa, mogłem zrobić wszystko. Dla tego słowa budziłem się co dzień rano.
Ta chwila, zaledwie parę sekund, które wypełniało czas, gdzieś pomiędzy stanem urojonego paraliżu wiary w życie a dzwonkiem budzika, niczym mrugnięcie oka, rozprysła się, niczym sen z bajki bez szczęśliwego zakończenia, w chwili, gdy zegarek pokazał punkt szóstą. Wtedy w oczach mych jakby coś pękło, zaczęły wypełniać się łzami, które przeniosły za sobą wspomnienia pogrzebu, kwiatów z czarnymi wstęgami, wszystkich tych ludzi, którzy cały czas spoglądali na mnie nieśmiele z obrzydzaniem, pogardą i współczuciem.



rzemyk
2005-08-02 00:41:28
skomentuj(4)