|
|
Rzygające księżyce - part XIX
Teraz, nie mogę w to uwierzyć. Może to wszystko działo się tylko w mojej głowie. Może jestem chory, bo chciałbym jeszcze teraz Jej coś powiedzieć. Jej mojej jedynej prawdziwej, miłości. Zawsze wyobrażałem sobie, że moja śmierć będzie wyjątkowa. Że zginę ratując komuś życie, że zostawię po sobie jakieś znamię na tym świecie. A umieram w samotności, i nawet nie ma mnie już kto złapać za rękę, teraz kiedy stoję za barierką poręczy od balkonu. I gdy patrzę w dół wszystko nagle wydaje się być inne. Tyle dystansu nagle człowiek nabiera do samego siebie, tego co robił, co w życiu przeżył. Nawet gdybym chciał usłyszeć coś teraz od Ciebie, wiem że nic nie powiesz. Tak bardzo potrzebuje w tym momencie Twoich słów.
Mogło mnie tu nie być, ale którejś nocy przytuliłaś się do mnie, gdy jeszcze Cie nie znałem. Później odeszłaś, by wrócić, i pozwoliłaś naszym oczom spotkać się po raz pierwszy. Od wtedy zostaliśmy już przy sobie. Myślałem, że jest nam razem dobrze ze sobą, a Ty znów odeszłaś zaciskając sobie pętle wokół szyi. Umierając, obcięłaś mi dłonie. A teraz stoję tutaj i nie myślę już nad tym, co zrobiłem źle. To nie ja Cię zabiłem, ale Ty odebrałaś mi życie.
Zawsze też myślałem, że spadając w dół wszystko będzie działo się jakby w zwolnionym tempie, że przeskoczą mi przed oczami najważniejsze chwile z mojego życia, że gdy będę spadać, zrozumiem coś nagle. Ale tak nie było. Trwa to mniej niż nawet sekunda. Nie ma czasu wypowiedzieć w myślach nawet słowa. Przecież chciałem żyć.
rzemyk 2007-08-09 11:45:55 skomentuj(11)
Rzygające księżyce - part XVIII
- Kawy?
Spytał, prawie w tym samym momencie, kiedy otwierałem oczy po pierwszej nocy, jaką spędziłem w jego atelier. Zagubiony, nie wiedziałem co się dzieje. Pare osób krzątało się to w jedną, to w drugą stronę. Zapach rozpuszczalnika, terpentyny i farb olejnych wydawał się teraz bardziej gryzący niż w nocy. Ogromna masa światła wpadała przez okna i przeszklony dach, by oświetlić to jak rozległe poddasze. Jak w małym hangarze, stalowa konstrukcja wychodziła ze ścian odrapanych miejscami z farby. Zabrałem kawę, paczkę papierosów i wyszedłem na balkon. Wydawało się, że nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi.
Usiadłem opierając głowę o mór, i przez pręgi poręczy widziałem całą panoramę miasta powoli przeciągającą się ze snu. Chłodne powietrze niemalże bez żadnego muśnięcia wiatru, pierwszy papieros. I po chwili, gdy usłyszałem:
- Polubił Cie.
Obróciłem głowę w prawą stronę, zobaczyłem kobietę, opartą ramionami o poręcz balkonu. Odpalała właśnie papierosa, gdy niemalże wyszeptała te dwa słowa. Miała krótkie, ciemne, proste włosy podcięte ku dłuższych z przodu. Z tej perspektywy zasłaniały jej niemalże całą twarz. Okulary z grubszymi czarnymi oprawkami wysuwały się z pod włosów. Kobieta. Dawno nie widziałem kobiety. A może tylko nie zwracałem na nie uwagi. Mogła mieć może pod trzydzieści lat, lekko zgrabna, krucha niemalże.
- Nawet nie chce pytać, co się wczoraj stało. Jego twarz wygląda okropnie. Dobrze, że żyje. To miejsce nie miałoby bez niego sensu.
Nie patrzała w moją stronę wypowiadając te słowa. Gdzieś daleko wybiegła w horyzont, a nogi jej skrzyżowały się, uginając lekko jedną z tyłu. Sukienka, do kolan, przylegała w linii bioder do jej ciała. Brązowa w pofalowane jasne pasy, robocza, ale coś stylowego jakby było w jej ubraniu.
- Czemu nic nie mówisz? Przykro mi z powodu żony. To smutne, że odchodzi od nas tak wielki talent. I cały świat mógłby pogrążyć się w żałobie. Ale nie, niech ludzie, którzy odbierają sobie życie odejdą w spokoju.
Skupiłem jeszcze raz swój wzrok, lekko oszołomiony jej słowami. Nieznajoma kobita współczuje mi śmierci żony. W końcu Jej śmierć przestała być tajemnicą parę tygodni po pogrzebie. A nazwisko Jej mógł poznać wtedy prawie każdy, kto chodź trochę śledził bieg współczesnej, polskiej literatury. Dopiero po śmierci kogoś ludzie potrafią uwolnić w sobie emocje, współczucie, zainteresowanie. Może każdy gdyby nosił ze sobą plakietkę – Mogę dzisiaj zginąć – świat byłby lepszy. Ludzie byliby piękniejsi. Może.
- Nie powiesz nic. Nie szkodzi. – Uśmiechnęła się i spojrzała na mnie.
- To słodkie, że spaliście dziś razem w jednym łóżku. Nie martw się, On nie jest zajęty. – I znów pojawił się uśmiech na jej twarzy, po czym weszła z powrotem do środka.
Gdzie jesteś. Potrzebuje Twych dłoni – wyszeptałem, i poczułem, że mógłbym przetoczyć się przez tą barierkę bez żadnych wyrzutów sumienia. Lecieć przez sekund parę i znaleźć się w tym samym miejscu gdzie Ona. A jeśli nie? Jeśli tam nic nie będzie, stracę nawet po Niej wspomnienia. Jak kiedyś pisała, wspomnienia są takie bogate. Nasączone wszystkimi zmysłami. A często ludzie nie potrafią być bogaci. Nie chciałem przestać jej kochać, nawet jeśli to tak wyglądało. Bo miłość cierpliwa jest, nie pamięta złego, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystko przetrzyma. Podobno.
rzemyk 2007-07-24 23:47:46 skomentuj(1)
Rzygające księżyce - part XVII
Ludzi zamęt, krzątanin potoki, wśród ulic ginący, w smaku nieprzyprawiony codzienny jęk rozpaczy. Odbija się echem po uszach, od miodu zaschniętych, przez lata trwający, od świtu do świtu żywot jednorazowy. W powietrzu toksyny, w jedzeniu chemia, już nawet ludzi kolor oczu zmienia szklana zasłona. Pędziła ku czemu codzienność spocona i ślepa. Przed siebie, coraz dalej, po stosie trumien wzbić chciała się – a zasypiała samotna. Marzenia skarcone za wybujały polot ich ku górze. Lepiej nie cierpieć, niż krwawić ich zawodem. Wszystko to za oknem, za ścianą, pode mną, nade mną. I teraz pamiętam, kiedy obiecywałem sobie, że nie poddam się ku szaleństwu temu za tylko pieniądze.
Zaraz zadzwoni budzik. Co ja robię. – szepnąłem.
Dzień zacząłem od kawy jak kiedyś zwykłem to robić. Wcześniej wyciągnąłem z szafy sztruksowy garnitur, czarną koszulkę, bieliznę, spodnie. To dzisiaj, drugi koniec Polski. Z kubkiem w dłoni myślałem nad tym, że zaraz wsiądę w samochód. Czy oby wszystko zabrałem. To tylko jeden dzień, góra dwa. Może wezmę jeszcze Jej książkę – pomyślałem. Kochałem jej pasje, chyba nawet bardziej niż mogła to pojąć. Mój ulubiony pisarz zasypiał kiedyś obok mnie. Tak bardzo martwiłem się, gdy czytałem wszystko to, co napisała, nie wyobrażając sobie ile smutku może nosić w sobie jeden człowiek. I martwiłem się, bo przecież nic nie bierze się z powietrza. Setek twarzy przybrać mogła w tysiącach zdań. Być każdym, i każdego rozumieć tak samo indywidualnie. Świat mógłby pogrążyć się w żałobie bo stracił tak wyjątkową osobę. Moją miłość, jedyną, prawdziwą, która na moment zakochała się w nudnym informatyku. I on też na moment poczuł, co to kochać – z obydwóch stron tego słowa. Martwiłem się o nią nie mniej niż żona górnika, czy marynarza, której mąż wyruszał do pracy. Każde zdanie nieraz było jak godzina dłużej ich niepowrotu do domu. Przy każdym skończeniu jej nowego opowiadania siadaliśmy razem, nieraz w ciszy, nieraz rozmawiając czy coś oby się nie stało. Zawsze czekając na jej słowa, które uspokoić miały mnie na chwile. Bo nigdy nie powiedziałem sobie, że to poetka – może pisać o wszystkim, jak rzemieślnik podchodzić do jej pracy. To dziwne, ale gdy ona z jakiegoś powodu była smutna, to ja potrzebowałem jej bliskości. Bałem się, że kiedyś o mnie zapomni. Byłem prostym człowiekiem, wystarczyła czyjaś obecność do tego bym poczuł się lepiej. Krzyczałem sam do siebie – Jestem tutaj!, przy Tobie, z Tobą, nie zostawię Cię. Nie pomogło. I już za późno by naprawić cokolwiek. Umyłem kubek z fusami od kawy na dnie, odkładając go do szafki. Chwyciłem torbę podręczną, zamknąłem drzwi mieszkania na dwa zamki i ruszyłem – tylko z ciekawości. Podróż nie przyniosła mi nic nowego. Może poza rozdrapanymi paroma wspomnieniami, gdy tankowałem samochód, kiedy to widziałem ludzi, rodziny, uśmiechy i muzykę w tle. Piosenki na stacjach benzynowych wydawały się też inne. Pachniały melancholią, kiedy widziało się tych przyjeżdżających i odjeżdżających. Bo jak inaczej mogły pachnieć? Zabawą? Prawie jak na dyskotece, przy barze. Samochody napełniając bak piwa i ruszały bawić się dalej. Dojechałem tam parę godzin przed wieczornym wernisażem. I jeszcze chwile pochodziłem po mieście szukając jakiegoś motelu. Myślałem o powrocie, co zrobię gdy wrócę do domu. I tylko myśl nad widokiem nocnych fal, plaży i morzu prosiła mnie bym został chwilkę dłużej. Poszedłem jeszcze Bałtyk ten zobaczyć na moment. Jak magnez przyciągał mnie swą gościnnością. O nic nie pytał, nie miał żadnych pretensji, na nic nie krzyczał. Czekał tam od wieków na ludzi smutnych i szczęśliwych. Bałtyk, moje morze. Spojrzałem na zegarek – zaraz się zacznie. Spóźnię się zanim tam dotrę. Nieważne. Przed galerią stos samochodów, ludzi wymieniających słowa nawzajem, od czasu do czasu błysk lamp aparatów. Założyłem okulary, by lepiej widzieć to, po co przyjechałem, tutaj, z mojego domu, i wszedłem do środka. Obrazów nie było dużo, ale ludzie lgnęli jak muchy do każdego z nich. Realny surrealizm w obrazach Amadeusza widać zyskał sobie aprobatę wśród nich wszystkich. „Dom bez okien” po lewo. „Staruszka na światłach” po prawo. „Czterej jeźdźców apokalipsy”, jak przed bitwą na koniach zwróceni twarzą ku sobie, „Nic co ludzkie, nie jest mi obce” i dziewczyna z krwią między nogami, „Madonna z dzieciątkiem” której łzy mogły mówić – Czemu ja. I jeszcze kilka innych, na których myśl odwracało się głowę w inna stronę. Na środku, w centrum, w głębi pomieszczenia „Rzygające księżyce”. Rzygające księżyce – trzy metry na dwa szerokości. Stałem tak przed nim, jakby to Ona tam stała przede mną. Nie mogłem złapać oddechu, oczy już same zwilżyły się ciężko. Ktoś rozmawiał za plecami, komentował, usłyszałem, że zaraz ma przemawiać sam autor.
Nie widziałem go, on staną obok, chwile patrząc chyba na mnie.
- To dla Niej… Witam. Widzę, że dostaliście zaproszenie.
Obróciłem głowę w jego stronę, serce skoczyło mi do gardła i ręce drżeć zaczęły mi jakoś nienaturalnie.
- Może wyjdziemy na moment? – zapytał z ciekawością w głosie.
- Słyszałem, że zaraz masz przemawiać.
- Tak, ale wiesz co? Pieprzyć to. Jeśli nie zobaczyłeś wszystkich obrazów, pokaże ci lepsze u mnie w pracowni. Jeszcze chwila tutaj i zwariuje. Proszę, idziesz?
Wyszliśmy, i nie obyło się bez wzroków patrzących ze zdumieniem jak to on wyszedłszy z galerii nikomu nie powiedział ani słowa. Szliśmy tak chodnikiem, a on nie odzywał się przez dłuższy czas. I później zapytał.
- Widzę, że nie najlepiej się czujesz, może kupimy coś do picia?
- Proponując mi alkohol, czy oby to ja się źle czuje?
Uśmiechnął się dziwnie i wszedł na chwile do sklepu. I tak wylądowaliśmy z dwoma butelkami wina na plaży w nocy. Jak jakieś szczeniaki zakochane usiadłszy na pisaku opróżniliśmy je z zawartości. Zahaczyliśmy parę tematów, zupełnie nieznaczących, pierdoły o pogodzie, wystawie i morzu.
- Powiesz mi, co się stało? Czemu mam wrażenie, ze nie przyjechał byś tu sam bez Niej. Nie chciałem pytać, ale czy wszystko w porządku?
I wtedy cos we mnie pękło. Rzuciłem się na niego z nigdy jeszcze aż tak niewyzwoloną złością. Zacząłem okładać jego twarz pięściami. Zasłaniał się niezgrabnie chudymi ramionami. A ja czułem jak zaciśnięte kości mojej dłoni niemalże łamią mu czaszkę. Krew popłynęła z nosa i łuku brwiowego. Moczyłem uderzeniami moimi ręce w jego krwi. On nie odepchną mnie w żaden sposób, nie próbował uderzyć. W pewnym momencie przestał się zasłaniać, i uśmiechnął się lekko. Przestałem. Upadłem na bok i rozpłakałem się. Jak dziecko, nie wiedzieć czemu. Wyłem, skomlałem, zacisnąłem pięść z piaskiem. Ryczałem, jak nigdy przed tem. Ziarenka piasku same wtopiły się w moje usta. On usiadł, podparł się rękoma o kolana, wypluł resztki krwi z buzi między nogi. Wziął głęboki oddech i powiedział:
- Już chyba pora na nas. Masz się gdzie zatrzymać?
rzemyk 2007-05-07 12:48:25 skomentuj(7)
Rzygające księżyce - part XVI
Pierwsza paczka, druga, czasem trzecia. Alkohol i cisza. Gdy rano budząc się czułem serce jakby oszalałe, myślałem. Pęknie może. Może dziś. Aż dziwne, że jeszcze żyłem. Płynąłem, wśród chwil zamętu i zapachu miejskich bram. Przed siebie, gdziekolwiek. Płynąłem. Między kałuż rozlewiskiem i widokiem latarnianych pomarańczy na twarzach osób mnie mijających. Sam. Przestałem mówić. Bo do kogo, bo po co. Chciało mi się wymiotować i płakać jednocześnie, jednocześnie lecieć i przewracać. Rozbić to ociekające szkło sprzed moich oczu i patrzeć wciąż przez nie. Tak strasznie byłem rozbity, obtarty ze wszystkich stron. Taki nagi, obnażony, pobity, podparzony, wyszydzony przez swoje ideały. Trudno mi zacisnąć dłoń, nawet teraz. Może leki byłby lepszą drogą niż znieczulający płaszcz alkoholu, nikotyny, tlenku węgla, łez i wspomnień. I znów może. Może żyłaby gdyby, może tak musiało być, może skończę już ja, istnieć. Może. I co dalej – myślałem. Nic nie przyniesie mi jutro, pojutrze, kiedykolwiek. Legalnie zabijałem się wśród kilku ścian, bo tak można, najprościej, bez wyrzutów sumienia za siebie, z przyzwoleniem społeczeństwa. A może już nie żyłem. Powietrzem mogłem być, kurzem na parapecie. Czymkolwiek. Jakoś tak łatwiej przychodziły chwile, gdy oczy miałem zamknięte. Ile jeszcze mogłem tak pożyć, tydzień, dwa. A w myślach wszystko to, czego nie udało mi się zrobić w życiu. Kilkanaście marzeń spisanych na kartce, które prześladowcą dla mnie się stały. Papierowy terrorysta, który nie pozwalał mi spaść z tego świata. Chociaż to z dnia na dzień mniej istotne się stawało, bo nie żyłem dla siebie, żyłem dla niej. Nasz malutki toksyczny związek. Była dla mnie tym, czego nigdy w życiu nie dostałem. A ja nie byłem dla niej tym, czego doświadczała wciąż w życiu. Przynajmniej tak mi się wydawało. A teraz nie mogę na nic co było wcześniej nie patrzeć z perspektywy dnia, w którym odebrała sobie życie. Może tutaj była ta granica, której nie mogłem przekroczyć. Nie potrafiłem powiedzieć sobie, że mogła kłamać i żyć jakoś dalej. Cały czas wierzyłem w to, co nas łączyło. Jej świat skończył się wraz z jej śmiercią, ale mój trwał dalej, teraz ten brzydszy, brudniejszy.
Siedziałem gdzieś w kącie z dopalonym papierosem w dłoni, jak zawsze ze wzrokiem stopionym, zaschniętym jak wosk marny. Po prostu, siedziałem. W myślach bełkocząc bzdury. Nie pamiętam czy rano, czy wieczorem, czy było ciepło, czy zimno, czy lato, czy wiosna. Siedziałem, a dni same uciekały mi za oknem.
*pukanie do drzwi*
I jakby ktoś pierdolną mnie przez łeb. Wstałem, co się dzieje? Pukanie do drzwi. Goście, może to Ona! Jaki syf w mieszkaniu. Nie może mnie zobaczyć w takim stanie, nie może zobaczyć tego chlewu. Otworze okno, pozbieram szkło, szybko – odkurzacz. Ścierka – kurze. Do łazienki, prysznic, golenie, świeże ubranie. Później zmywanie, szybko. I skończone. Poszedłem do drzwi otworzyć. Za nimi nikogo już nie było. Stałem tak chwile wpatrując się to raz w górę klatki schodowej, raz w dół. Cisza, pusto. Poszedłem zobaczyć skrzynkę na listy. Jest, nie rachunek, nie reklamy. Biała koperta, a na niej Jej imię. Wróciłemm do mieszkania i odłożyłem ją delikatnie na stoliku przy łóżku. Nikt tego nie otworzy poza mną. Niecierpliwymi dłońmi wysunąłem szufladę i wyciągnąłem nożyczki. Starannie, po krawędzi rozciąłem brzeg koperty. Zaproszenie dla Niej i dla mnie na otwarcie wystawy Amadeusza. Nienawidziłem tego człowieka, chociaż nikomu o tym nie powiedziałem. Malarz. Robił dla niej okładkę książki Rzygających księżyców. Nienawidziłem tego, w jaki sposób na Nią patrzy, w jaki sposób Ona na niego spogląda. Myślałem, czemu jestem tylko sobą. Nienawidziłem też siebie przy nim. Byłem taki bez sensu, gdy stawał obok mnie. Ona jednak go polubiła.
- Pójdę, pójdę zobaczyć tego chuja.
rzemyk 2007-03-26 12:22:52 skomentuj(11)
Rzygające księżyce - part XV
- Witaj Kochanie
Niedługo nowy rok, wiesz? Jeszcze pare godzin, a już słychać dźwięki rozbłyskujących się na niebie nowych gwiazd. Kolorowych, pięknych, nietrwałych gwiazd. Trochę liści spadło od wczoraj z drzew, zaraz posprzątam. Nie, nie zabrałem ze sobą nic cieplejszego, tylko ten płaszcz. A powietrze dziś wydaje się trochę wilgotniejsze. Ale to już nie te same zimne grudniowe wieczory co kiedyś, prawda?. Mróz, śnieg, deszcz, pamiętasz? A to już kolejna nasza wspólna zima. Napisałem dla Ciebie wiersz. Nie śmiej się, naprawdę. Później Ci pokaże. Niech to będzie prezent noworoczny. Pomyślałem, że mógłbym coś napisać, sam, widząc Ciebie i przyjemność, jaką dawało Ci pisarstwo. O, wiesz, że twoje książki zaczęły coraz lepiej się sprzedawać? Tak, dziwne prawda? Zawsze Ci mówiłem, że masz ogromny talent, a teraz już nie zaprzeczysz. Jak wyglądałby twój wymarzony Sylwester? Na pewno nie raz nad tym myślałaś. Pamiętasz co robiliśmy rok temu? Balkon, świece, wino. Było chyba nawet cieplej niż dziś. Patrzeliśmy jak niebo wybucha, eksploduje barwami. Cicho muzyka grała w mieszkaniu. Wiesz, tak się zastanawiałem, czy palenie papierosów jest grzechem. Picie alkoholu. Czy ludzie idąc do kościoła spowiadają się z tego? Bo przecież to nas zabija. Ale czy nie mniej niż tłusty stek na obiad albo fast food, który odkłada się w naszych żyłach, tętnicach? Zawał serca przecież zabija ludzi. Ale to nie wina zawału serca, to ludzie sami odbierają sobie życie. Nie mniej niż wtedy, gdy nie zakładają szalika czy czapki wychodząc zimą na powietrze. Mogą nabawić się gorączki, zapalenia opon mózgowych, które później doprowadzą do śpiączki i śmierci. Czym ta śmierć różni się od innych? Przecież jesteśmy świadomi tego, że to wszystko nas uśmierca. A jak nie, to gdzie jest granica. Jeśli jedzenie tłustych potraw nie jest grzechem, to czemu samobójstwo miałoby nim być. 5. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Czy to grzech boży, czy tylko grzech przez kościół uznawany. 5. Nie zabijaj. Więc gdzie jest ta granica. Samobójstwo nie musi być grzechem, skoro nie spowiadamy się z pieprzonego szalika, którego nie zakładamy zimą. Kochanie… tak mi źle… To chyba już, wiesz? Tyle huków w powietrzu, tyle świateł tam, niedaleko. Nasz kolejny nowy rok.
- Wszystkiego najlepszego kochanie.
Pamiętasz, czasami mówiłaś „Powiedz mi coś miłego”? Chciałabyś usłyszeć coś dzisiaj? - Kocham Cię skarbie, i nigdy nie przestanę. Codziennie, gdy tu przychodziłem zaraz po tym wszystkim, obiecywałem sobie, że robię to ostatni raz. Tak bardzo mnie zraniłaś. A jednak nie mogę przestać Cię tu odwiedzać. Nieważne już co było, zapomnijmy o tym, proszę. Po prostu nie potrafię złościć się na Ciebie.
Jeśli pozwolisz, zostanę jeszcze chwilkę. Tylko sprzątnę te liście i zapale nowy znicz.
rzemyk 2007-01-03 00:01:10 skomentuj(12)
Rzygające księżyce - part XIV
Ile to już razy próbowałem odpowiedzieć sobie na to pytanie, którym przegniło moje życie po dniu jej śmierci. Siedzi ono nawet teraz obok mnie, nieskruszone, nawet po tylu latach. Wszędzie, gdy wstawałem rano i kładłem się spać. Przy każdym niemal geście, każdym oddechu, spojrzeniu, cisnęło się głęboko w krtani. Dlaczego. Jest coś, co zrobiłem źle? Nie tak jak zrobić powinienem? Może coś zaniedbałem, przeoczyłem, ominąłem. Dlaczego to zrobiła, skoro byłem Jej tak bliski. Wina leży po mojej stronie. Mogłem się jeszcze bardziej dla Niej poświęcić. Dać Jej więcej czasu, uwagi, troski. To ja tu zawiodłem, bo przecież to było nasze życie, a Ona z niego zrezygnowała. To moja wina, przeze mnie odeszła. Ja ją zabiłem. Ale dlaczego. Każdego dnia usiłowałem przypomnieć sobie cokolwiek, co pomogłoby naprowadzić mnie na odpowiedź. W każdym dniu cierpieniem przygniecionym. A brak tej odpowiedzi przygniatał mnie swym ciężarem jeszcze bardziej. Tyle miałem Jej jeszcze do powiedzenia. Rzeczy, które mogliśmy jeszcze przeżyć razem nie zliczyć by pamięcią. Piękne wspomnienia zabrać mogłoby tak wiele jesieni. A zostało mi po Niej tylko pytanie. Dlaczego.
Obudziłem się pamiętam chwile przed sygnałem budzika, który później katem stał się w moich rękach. Jeszcze nocy woń czuć było za oknem odchodzącą za horyzontem. Jej delikatna, filigranowa dłoń spała cicho na moim ciele. Ciepła cisza, za oknami, w mieszkaniu, spokój. Obróciłem głowę w Jej stronę by popatrzeć na Nią przed wyjściem. Tak bardzo kochałem na Nią patrzeć gdy ona o tym nie wiedziała. Obserwować jej gesty i dłonie. I to niesamowite uczucie gdy nasze oczy spotykały się razem w potoku codziennych zajęć. Leżała obok mnie na białej lekko wygniecionej pościeli. Jej włosy odsłoniły twarz, Jej delikatny policzek, zamknięte oczy i subtelne, niewinne usta. Z niedowierzaniem patrzałem wtedy na siebie leżącego obok Niej, codziennie zastanawiając się czym mogłem sobie zasłużyć na takie szczęście.
- To już dzisiaj, wiesz kochanie? Szepnąłem do niej najciszej jak tylko mogłem.
Delikatnie odłożyłem dłoń Jej na pościel i wstałem starając się Jej nie obudzić. Poszedłem do kuchni, i zostawiłem włączoną wodę na ranna herbatę. Łazienka, prysznic, golenie, zastanawiałem się, jakbym wyglądał w brodzie, bródce, wąsy raczej nie wchodziły w rachubę.. Koszula, żelazko, marynarka. Wróciwszy spowrotem do kuchni wodę zastałem już ugotowaną. Wrzuciłem do kubka saszetkę zwykłej herbaty i wsypałem do naczynia dwie łyżeczki cukru. Jeszcze chwila, pomyślałem i zabrałem ze sobą herbatę stanąwszy w futrynie drzwi od sypialni, który właściwie był też salonem. Centrum naszego wspólnego mieszkania. Jak ze szkicu „Sen” Lautreca leżała tam, może trochę bardziej przykryta pościelą, bardziej nieuchwytna w tej właśnie chwili i niewinna w swej pozie. Ostatni łyk herbaty. Wyszedłem po cichu z domu jeszcze przed jej przebudzeniem. Wsiadłem do samochodu i pojechałem do pracy. Powiedziałem współpracownikom że dziś jestem tylko na chwilę, i zrobiwszy jak najszybciej wszystkie obowiązki które czekały tam na mnie co dzień, wyszedłem. Pojechałem do kwiaciarni by kupić dla niej kwiaty. Lilie, zawsze je uwielbiała. Uśmiechałem się sam niezauważalnie do siebie, myśląc o tym, że kochała je bardziej ode mnie.
- W czym mogę pomóc? – Spytała młoda sprzedawczyni, układając jednocześnie, gdzieś z boku ogromny bukiet kolorowych róż.
- Czy są może lilie?
- Owszem – i wskazała na miejsce za wystawą, gdzie w skromnym naczyniu leżało kilkanaście białych kwiatów.
Przykucnąłem przy nich i chwile wpatrując się w każdy z nich wybrałem tylko jeden. Jeszcze młody, ale dojrzały z jasnym kolorem zieleni i czystą bielą płatków na górze.
- To wszystko? – spytała sprzedawczyni musnąwszy jednocześnie pył zdziwienia w swym pytaniu.
- Tak, dziękuję. Ile płacę? – Pomyślałem o tym co mogło kryć się za jej pytaniem. Jeden to mało prawda? Ale to jest lilia dla Niej, po stokroć ładniejsza od bukietu róż, była cenniejsza niż cokolwiek, co mógłbym jej ofiarować. Znów wsiadłem w samochód i pojechałem prosto do domu. Otworzyłem drzwi i ściągnąłem buty. Może jeszcze śpi – pomyślałem i idąc dalej przez mieszkanie zrobić chciałem Jej kakao by w raz z nim i kwiatem obudzić ją ze snu. Wszedłem jeszcze do łazienki by lilię wstawić do małego wazonika z wodą. Zapaliłem światło i zobaczyłem porozrzucane fiolki z tabletkami na podłodze. Przez chwile stałem tak wpatrując się w cały ten akt na kafelkach leżący nie rozumiejąc dokładnie, co się stało. Uklęknąłem i pozbierałem je z podłogi kładąc na półce. Wzrok mój nie był skupiony na fiolkach, lecz zastygł gdzieś w powietrzu. Wyszedłem z łazienki z kwiatem w dłoni. W drzwiach kuchni zobaczyłem Ją. Już nie spała. Jak co dzień, piękna, zamyślona spojrzała na mnie głęboko swoimi czystymi oczami.
- Dzień dobry kochanie. – Powiedziałem.
A Ona przytuliła mnie w inny niż zazwyczaj sposób. Mocno wtuliła się w me ramiona i położyła delikatnie głowę na mym ramieniu. Poczułem piękny zapach jej włosów i czuły uścisk jakby nie chcący wypuścić mnie nigdzie. Dziś był to dzień dla nas wyjątkowy. Mała tajemnica, o której my tylko wiedzieliśmy.
- Tak bardzo Cię potrzebuje. – Szepnąłem.
rzemyk 2006-12-22 01:20:49 skomentuj(8)
Rzygające księżyce - part XIII
Była noc, moment, w którym moje uszy nie wytrzymywały już dźwięków głośnej muzyki a alkohol zgrabnie pozbawiał władności ruchów przeze mnie wykonywanych. Myśli jednak pozostały trzeźwe, może trochę bardziej od wódki poszarpane, wychodziły na zewnątrz, skruszone tylko na ten wieczór przez puste butelki pod stołem leżące. Patrzałem na tańczących ludzi, nieśmiałe muśnięcia ciał, flirty, zabawne słowa wypowiadane na głos i uśmiechy na twarzach osób ich słuchających. A do mnie jakby nic nie docierało, te wszystkie głosy, zdania, gesty. Dziwne uczucie nieobecności wśród tylu osób mnie otaczających. Siedziałem gdzieś z boku pod ścianą obok znajomych, których nie znałem. Rozmawiali śmiali się, szeptali. Nic tylko szum, jak w pustym pokoju pełnym ludzi. Tak bardzo nie potrafiłem znieść widoku uścisków i ruchów ciał, jak podczas bezemocionalnego stosunku, do utworów tańczących. Każde moje spojrzenie puszyło się ciężkim odorem do tych, którzy potrafili cieszyć się chwilą. Może to zazdrość tylko była, może niezdarny instynkt chęci przynależności do społeczeństwa. Tej właśnie uśmiechniętej grypy, cieszącej się pod wpływem alkoholu i głośnej, transowej muzyki z okazji końca roku szkolnego. Od czasu do czasu podchodzili do mnie, gdzieś wtedy rozproszeni po obiekcie, bliżsi znajomi i przemiły gospodarz z pytaniem jak się bawię, czy czegoś potrzebuje, z chęcią wyciągnięcia mnie na parkiet, lub na łyka zimnej, gorzkiej wódki. Z niewidocznymi łzami w oczach odpowiadałem, że jest świetnie i potrzebuje trochę odpocząć od nadmiaru alkoholu. Płakać mi się chciało widząc swoich ostatnich znajomych, którzy martwili się o mnie. Dla których moje szczęście i smutek coś znaczyło, a ja w tym momencie mnie potrafiłem dać dla nich czegoś od siebie, trochę szczęścia by nie zaprzątali sobie mną głowy. Dzisiaj, kiedy mogli pozwolić sobie na złapanie oddechu, na zasłużony odpoczynek od roku nauki. Wydawało się, że to nie było w porządku wobec nich, wobec wszystkich, którzy tam byli. Nawet dziwne, że ktoś chciał zapraszać mnie jeszcze na takie imprezy. A ja nie potrafiłem, wyszedłem. Mając nadzieje, że odciążę trochę atmosferę wśród tych, którzy widzieli mnie tępo wpatrującego się w stopy tańczących osób.
Noc, chłodne, ale przyjemne, wilgotne, rześkie powietrze wokół domku nad jeziorem unosiło się wokół mnie. Parędziesiąt metrów dalej ciemny las a nad głową piękne czyste niebo i milion gwiazd. Na zewnątrz nie było już nikogo. Zabrałem jeszcze ze sobą butelkę z piwem i paczkę papierosów by towarzyszyły mi podczas tej małej ucieczki od siebie wśród innych. Jedną mą dłoń schowałem w kieszeń, wziąłem głęboki oddech i powoli wpatrując się w ziemię by nie potknąć się o nic ruszyłem w stronę wody. Muzyka przyciszała się coraz bardziej wraz z powiększającą się odległością pomiędzy stawem a światłem z okien, w których bawili się ludzie. Parę razy straciłem równowagę zataczając się w prawą stronę i szybko łapiąc równe tępo stawiania kroków. Tak właśnie działała mnie alkohol, sponiewierając ciało i wyostrzając świadomość beznadziejności. Ale nie przejmowałem się tym, nie było już przy mnie nikogo. Znalazłem kawałek deski, na której usiadłem kładąc ją na betonowym podeście przy jeziorze, tuż nad taflą wody odbijającą, jak lustro każde me spojrzenie. Usiadłszy tak by nogi zwisały zaledwie parę centymetrów nad jeziorem zapaliłem papierosa i oparłem głowę o dłoń go trzymającego. Kolejny ciężki oddech, którym wypuściłem to małe, ale ciężkie napięcie z mięśni otrzeźwił mnie przez chwilę. Cisza, spokój, gdzieniegdzie odgłos małych przyjaciół zamieszkujących brzegi wody. Papieros zgasł a butelka powoli wydawała się sama opróżniać z piwa w niej będącego. Przesiedziałem tak wpatrując się w jasny księżyc długi czas. Ile osób zwracało się do niego w tym momencie. Wyżalało jak wtedy ja z smutków, problemów szukając zrozumienia. Taki piękny, jasnozłoty, może już rzygał z ich nadmiaru. Z nadmiaru tych ludzkich problemów i smutków, nie mogąc, ale chcąc pomóc, wymiotował. Na chwile zamknąłem oczy.
Na pół świadomy usłyszałem kroki, które zmierzały w moją stronę. Małe, powolne, ale zdecydowane. Może ktoś musiał się przewietrzyć, może jakiś znajomy upił się i chciał się pożegnać przed snem lub powrotem do domu – myślałem. Biernie i powoli, lekko otworzyłem oczy wpatrując się cały czas w wilgotną, świecącą gwiazdami powierzchnię wody.
Poczułem kobiece dłonie, które delikatnie z tyłu, wsunęły się pod me ramiona oplatając z przodu mój brzuch. Subtelnie zacisnęły się na nim w bezimiennym uścisku. Poczułem także delikatne piersi, które dotknęły moich pleców i jakby lekko śpiącą, niewinną twarz, która przytuliła się policzkiem do mojego ubrania. Nie byłem przyzwyczajony do kobiecego dotyku, ale siedziałem tam w bezruchu, spokojnie. Czując to, jakby ktoś chciał mnie zrozumieć. Bez żadnego słowa, tylko łza spłynęła mi z oczu, a serce biło jakby nienaturalnie szybko. Jeszcze na chwile skupiłem się na pierścionku, którego miała założonego na kciuku. Srebrny, stylowy, gładki, złożony z dwóch części splatających się w jednym punkcie w całość. I później tylko zamknąłem oczy chłonąc każdą sekundę tej chwili.
Wtedy poczułem Jej dotyk po raz ostatni, by później zakochiwać się w Niej codziennie, jak wtedy nad jeziorem, gdy rano obudziłem się już sam i nikogo przy mnie nie było.
Jeśli miałbym zacząć tą historię, tutaj właśnie miała swój początek.
rzemyk 2006-11-03 00:15:01 skomentuj(9)
Rzygające księżyce - part XII
Zamykałem często oczy wsłuchując się w dźwięki piątku, wtorku, niedzieli. Czasami nawet całego tygodnia. Im więcej ciszy gościło w mieszkaniu, tym większy hałas odbijał się o te suche ściany. Godzinami spędzałem czas nad podsłuchiwaniem zegara zawieszonego na ścianie. Mówił do mnie, opowiadał co dzień tą samą historię. Trochę odgłosów zza ścian szeptało ku jego boku. W nocy komar przeleciał nad uchem, ktoś krzyknął na kogoś za oknem. Dogrywałem się czasem do rzeki tych niemych dźwięków uderzywszy szklanką o szklankę przy zmywaniu naczyń, puszczając wodę z kranu, przekręcając klucz w drzwiach. Słuchałem jak pracował ekspres do kawy, jak kubek nucił szelest, gdy przesuwałem go po blacie stołu. Ogarniała mnie ta dziwna przyjemność słyszenia, gdy nikt do mnie nie mówił. Chwilami zatrzymywałem się w futrynie drzwi przykładając bok twarzy do zimnego drewna. I czułem jak chłód rzeczy martwych rozrasta się na moim ciele, począwszy od małego skrawka na buzi, przesiąkał na boki, do środka, wywołując przyjemne dreszcze na karku. Delikatnie przytuliwszy się, pocierałem policzkiem o ściany mieszkania. To dziwne, ale wydawały się być trochę mniej twarde gdy zamykałem oczy. Nieprzyzwoicie dotykałem przedmiotów które nie przywykły do bliskości. Często zasypiałem w środku dnia. Odchodziłem gdzieś tam, do tego świata za powiekami, do mniej rzeczywistych osób, murów, widoków. Tam można było wszystko, bez żadnych ograniczeń. Toteż zawsze chciałem znów wracać i rozkoszować się widokiem jej włosów. Tam można było wszystko i nic tak właściwie. Widziałem Ją, myślałem że dotykam, myślałem że jest wtedy przy mnie i każde przebudzenie się, bolało coraz bardziej. Targało mną, to jeszcze młode uczucie pustki. Obijało po kątach, ocierało o podłogę, wypychało za szybę mieszkania. Tak to wyglądało na początku, zanim w pełni uświadomiłem sobie, co się stało. Moja świadomość jakby przykucnęła na moment zostawiając mnie bezczynnie. Nie mogłem pozbierać myśli. Nie mogłem pogodzić się z prawdą do końca. Nie mogłem zacząć czegokolwiek od nowa. Nie mogłem nic. Wisiałem gdzieś między myślami a rzeczywistością. Śniłem na jawie. Wygotowany, wyciśnięty, bierny. Najgorzej jest wtedy, gdy przestaje się myśleć. Nagle tyle noży było wtedy w mieszkaniu. Tyle szkła, tyle gazu, prądu, tabletek, tyle pięter pode mną.
…A ile pięter nade mną?
rzemyk 2006-09-19 23:47:04 skomentuj(14)
Rzygające księżyce - part XI
- Zabiłeś ją ty skurwielu!… zabiłeś ją – Słowa te, wyszarpane spośród nut płaczu i złości jej matki, okryły cieniem wszystko we mnie to, co chciało żyć. Ona, zabiła mnie równie boleśnie.
Teraz pamiętam jak paraliżująco przebijało mnie tysiące myśli wbijanych, jedna za drugą, w ułamkach sekund. Niczym gwoździe, ostre i twarde, przeszywały me nieświadome jeszcze niczego pokłady uczuć. Kilka sylab wypowiedzianych z ust jednej osoby zmieniło moje życie od wtedy, już na zawsze. Zabiłem Ją. Kiedy… Gdzie… Czym…. Dlaczego. Chciałoby się powiedzieć, że to nie mogło się dziać, że się przesłyszałem. Może to sen? – Myślałem, rozpaczliwie chwytając się jakiegokolwiek wyjaśnienia, zrozumienia. Ręce drżały mi jakby pozbawione ludzkich pohamowań. Mięśnie napięły się po ramiona, przez szyje, aż po każdy ich fragment na plecach. Mocno, ścisnęły się w jeden kłębek nerwów, paniki i niepokoju. Ona nie może nie żyć. Równie dobrze mogliby odebrać mi oczy, obciąć dłonie, zgładzić we mnie to, czym zwykło nazywać się człowiekiem, lub czym zwykło nazywać się ludzkim w tym już mniej ludzkim ciele.
- Pani Mario! – Krzyknąłem zduszonym gardłem, ale usłyszałem tylko cichy odgłos płaczu, zaciskającej się tchawicy, wilgoci w wydychanym powietrzu, i po chwili, głuchy sygnał telefonu po rozłączeniu rozmowy. Wybrałem szybko numer z ostatniej rozmowy do domu jej rodziców. *Połącz* Pierwszy głuchy sygnał. Jedna z mych dłoni kurczowo złapała się stolika, na którym leżał aparat telefonu stacjonarnego. Mocny uścisk drewnianego blatu podtrzymywał równowagę mojego ciała nie pozwalając zachwiać równowagi. Jakby ostatni skrawek świadomości podtrzymywał mnie na nogach. Drugi głuchy sygnał z słuchawki telefonu. Wziąłem ciężki, głęboki wdech, który ledwo co przecisnął się pomiędzy napiętymi mięśniami brzucha, i który jeszcze ciężej pomiędzy nimi wydostał się na zewnątrz. Oparta dłoń zacisnęła się jeszcze bardziej, a odgłos następnych sygnałów wydawał się być z każdym kolejnym głośniejszy. Po chwili ktoś odebrał słuchawkę.
- Słuchaj, Pogrzeb będzie jutro… Dojrzały, męski głos jakby z obojętnością i zlekceważeniem wypowiedział te trzy słowa, sześć sylab, kilkanaście liter. I znów ten głuchy sygnał w słuchawce. Nie dodzwoniłem się już po raz kolejny. Wyłączyli telefon, zostawiając mnie z ostrym nożem w drżących mych dłoniach. Serce biło mi jak oszalałe. Nie mogłem skupić na niczym uwagi. I chyba tylko podświadomość pokierowała mnie w stronę drzwi, w dół klatki schodowej, do samochodu, i później, wprost do Jej delikatnego, martwego już ciała.
rzemyk 2006-09-06 23:58:43 skomentuj(16)
Rzygające księżyce - part X
Dlaczego ten dzień był inny od reszty? Obudziłem się rano, pamiętam, był to niedzielny, chłodny, letni poranek. Okno od naszej sypialni było lekko uchylone, a świeże powietrze delikatnie przeciskało się pomiędzy szybą a zasłoną. Obudziły mnie promienie światła, które ledwo co zagościły w mieszkaniu po deszczowej nocy. Otworzyłem powoli zaspane me oczy i zobaczyłem siedzącą, zaledwie kilka metrów ode mnie Ją na dywanie, wraz z rozłożonymi kartkami rękopisu jej książki. Czasami pisała je ręcznie, kreśląc i marząc wyrazy, zdania, nieraz całe rozdziały. Strony te, przypominały mi szkice ołówkiem, jakie zakreśla się dziesiątkami przed pierwszym dotknięciem pędzla płótna. Można było zobaczyć jej myśli, które często zamazane gdzieś istniały, właśnie na tych kartkach porozrzucanych wokół niej na miękkim dywanie. Czasami leżeliśmy na nim razem. Jasny, przyjemny, wygodny. Zaraz po pierwszym spojrzeniu, które zatrzymało się beztrosko na Jej osobie, poczułem zapach kawy, która stała w kubku, na drewnianej podstawce, tuż obok Niej. Niemalże niewidoczna para unosiła aromat po całym pokoju mieszając się z zapachem kwiatów wstawionych do dzbanka z wodą. Ten pokój zawsze jakoś wydawał być się przesiąknięty melancholią, spokojem, subtelnością, i Ją. Jakby nadawała mu kolorów, wyrazistości i bezpieczeństwa. Siedziała wtedy na jego środku, o świcie pracując nad kolejnym opowiadaniem. Nie goniły ją terminy, nie miała wtedy podpisanej żadnej umowy. Po prostu, pisała. Miała na sobie tylko jasnokremowy, cienki, lekko za duży na nią, sweter, który zakrywał jej białą bieliznę. Włosy w połowie rozpuszczone z klamry je spinających, spały jeszcze na jej ramionach. Długie, proste, zawsze tak pięknie pachniały. Znad pochylonego czoła osunął się grubszy ich kosmyk. Po chwili, delikatnym ruchem głowy na bok, jakby zarzuciła je leciutko w bok odsłaniając zapewne oko. Wzięła głęboki oddech spoglądając w stronę okna. I znów spuściła wzrok w stronę pióra i kontynuowała ze skupieniem pisanie. Leżałem na boku do połowy przykryty letnią kołdrą, jeszcze w pozie snu, ale dokładnie widziałem całą jej postać. Czasami niedowierzałem, że mogę budzić się i zasypiać przy takiej osobie. Tylko odgłosy zza okna nadawały realności tej chwili, jakby wyśnionej, wydartej rygorom marzeń.
Po chwili odwróciła wzrok w moją stronę, jakby wiedziała, że już od dłuższego czasu nie śpię. Spojrzała na mnie swoimi dużymi oczami i wraz z dziwnym spokojem powiedziała:
- Kochanie, a jakby tak, nie było mnie…
rzemyk 2006-08-16 00:02:56 skomentuj(7)
Rzygające księżyce - part IX
To zabawne, czasami nawet wyobrażałem sobie, że wcale nie odeszła. Nawet dziś, w masie powietrza widzę Jej usta, oczy, czuje Jej słodki zapach, smak, nawet dotyk. Wtedy trochę zimniejszy, jakby lekko nieśmiały, zakłopotany, delikatnie osuwał się po ramieniu i chłodnym swym uściskiem zastygał na jednej z mych dłoni. Wtedy, udawaliśmy, że nic się nie stało. Mówiłem do Niej, opowiadałem, że u mnie wszystko dobrze, że jakoś sobie radzę. I tylko łzy nazywałem kłamliwie radością z powodu jej obecności. Leżeliśmy często tak na kanapie, objęci w wymyślonym swym uścisku. Wpatrzeni w wymyślone swe spojrzenia. A czas, niczym wrzucony do wanny z wodą, wydawał się odpoczywać leniwym swym chodem, na parę tych wyciętych z rzeczywistości chwil. Było to piękne, po stokroć skuteczniejsze od garści tabletek rzekomo dźwigających mój krępujący krzyż. Okienne światło nakładało parę subtelnych cieni na Jej skórę. Włosy luźno opadały zasłaniając często jedną jej część twarzy. W tych momentach była taka jak kiedyś, taka, jaką Ją pamiętam. Tajemnicza, piękna, subtelna, we wszystkim tym niewyczerpalna, nieskończona, bezkresowa. Bałem się zamykać oczy, odwracać gdziekolwiek wzrok, ale też zatrzymywać go na Jej twarzy. Mała chwila nieuwagi powodowała, iż obraz ten stawał się z sekundy na sekundę mniej wyraźny. Z minuty na minutę bardziej wilgotny. Kolory jak z akwarelowego obrazu spływały mi sprzed oczu, niczym nawilżone smugą wody, traciły swój kształt od gromadzących się pod powiekami łez. I to uczucie pustki, samotności, bezcelowości, tak bardzo naddzierało każdą część mojej osoby. Cisza swym dźwiękiem nie pozwalała myśleć ani spać. Jak bolesna potrafi być w takie popołudnia, wieczory, nawet nocą. I nagle uświadamiasz sobie, że nikt obok ciebie nie leży. Świadomość, zepchnięta z wysokiego piętra uderza nagle o betonową rzeczywistość. Łamie czaszkę o pustą kanapę błądząc jeszcze niemrawie wzrokiem po rozłożonym kocu. Czujesz to uczucie jak krwawi po upadku. Jak czerwień uczuć wsysana jest przez twardy chodnik po którym stąpa się nogami, może celniej zabrzmi – butami.
rzemyk 2006-07-18 23:26:50 skomentuj(11)
Rzygające księżyce - part VIII
Jak często leżąc w wannie zastygasz z głowa bezwładnie zatopioną w wodzie? Słyszysz narastające bicie swojego serce walczące o jakikolwiek skrawek powietrza. Coraz szybszy, niecierpliwy, tukot rozchodzący się pod powierzchnią wody. Leżysz, jak we śnie, sparaliżowany. I tylko kilka minut dzieli cię od wolności. Na początku jest spokojnie, jak tylko przyzwyczaisz się do wzmożonej pracy serca. Przyjemne wrażenie lekkości w wodzie rozpręża całe ciało. Zaraz po tym jak wypuścisz całe powietrze, zaczynają pojawiać się skurcze w klatce piersiowej. To tylko płuca chcą złapać oddech, tak bezsilnie, dziwnie formują twoje ciało chwilowymi napięciami mięśni. Wszystko zależy od tego, jak bardzo potrafisz się kontrolować. Przechodzą cię dreszcze, a obraz przed oczami jakby czernieje jeszcze bardziej z każdą sekundą. Zaczynasz zastanawiać się, co będzie, gdy podniesiesz głowę, a co gdy siłą pozostawisz ją pod wodą. Wszystko to trwa zaledwie parę minut. Jak często? Słone łzy mieszają się z wodą. Tukot staje się coraz wolniejszy, cięższy, zmęczony. Czujesz, że jeszcze chwila i… podnosisz energicznie głowę i bierzesz głęboki oddech, jeden za drugim, jeden za drugim. Powietrze jest takie chłodne, jak wodą poisz swoje płuca, spragnione, głodne. Dopiero teraz mogą z rozkoszą smakować każdy łyk powietrza. Jeden za drugim, jeden za drugim. Jak często? Patrzysz jak woda ocieka ci po twarzy spowrotem do wanny. Jak śmierć spływa ci po policzkach, szyi, ramionach. Myślisz sobie, że jeszcze chwila i mógłbyś już nic nie poczuć. Rozglądasz się wokół siebie, jakbyś widział wszystko pierwszy raz, w nowych kolorach, z nową świeżością. Czujesz zmęczenie i po chwili wychodzisz z wanny. Wszystko kończy się wraz z ostatnią wytarta kropla wody i zostaje na ręczniku by rankiem nie było już żadnego śladu po tym niewinnym akcie słabości. Jak często płaczesz? Po co to robisz?
Wtedy na każe pytanie odpowiadałem sobie od nowa, bo nic już nie było tak samo. Przecież to wszystko nie było na moje nerwy, pragnąłem tylko kochać, kochałem, byłem kochany, a w jednej chwili cała ta miłość podcięła mi gardło bez ostrzeżenia. Krwawiłem, dusiłem się, skomlałem, krztusiłem, płakałem, krzyczałem, potykałem się, upadałem, umierałem, ale żyłem. Nawet teraz zastanawiam się, czy każdy dźwięk sekundy wyliczał mi czas od początku, czy może do końca. Wielki pamiętnik zapisany za pomocą 12 liczb, 9 cyfr, 60 wzdrygnięć. Napędzany jedną, małą bateryjką, Ją. Tylko ją. Dziś zostały mi jedynie sny, w których widzę ją uśmiechniętą, niewinną. Jak ptak w swej wolności piękną, naturalną i nieopisaną. Spogląda na mnie swym ciepłym wzrokiem. Jej oczy, szczere, czyste, jakby poiły się radością. Wtedy krzesło spod jej nóg osuwa się ku podłodze a pętla zaciska się wokół jej szyi. I wtedy tylko głuchy dźwięk drewnianego taboretu jakby krwawił z moich uszu.
rzemyk 2006-04-07 00:21:08 skomentuj(17)
Rzygające księżyce - part VII
Kofeina, nikotyna, alkohol. Przestałem już liczyć dni. Każdy jakby coraz bardziej zaciskał mnie rano posmakiem wódki i chęcią przepłukania wypalonych mych ust od nużącego wpływu alkoholu. Usta, nabierały one koloru purpury, kiedy wstawałem rano i kiedy kładłem się z powrotem pijany do łóżka. Oczy oplecione czerwonym pyłem w cieniu pękających naczyń krwionośnych, wydawały się patrzeć, ale nie dostrzegać niczego. Puste, smutne, bierne, zastygały często na długie chwile chwytając się kawałków ścian.
Mieszkanie zazwyczaj przesiąknięte było gęstym dymem papierosowym, który już na stałe przybił swój zapach do mebli i dywanów. Rankami, gdy czułem jakby ktoś mnie nadepnął, wbijając mostek głęboko pod płuca, otwierałem okno by cały ten duszący dym wyleciał na zewnątrz. I tylko kontem oka, na pół świadomy, starałem się nie wdepnąć w potłuczone kawałki szkła na podłodze.
Godzina 9:00 Siedziałem trzeźwy w kuchni przy kubku gorącej kawy i czułem, jakim obrzydzeniem przesiąkam sam do siebie. Brudny, śmierdzący alkoholem, bez żadnego celu rano otwierałem oczy. Wszystko jakby coraz bardziej pogrążało mnie w tym, co robię, jak żyję. Czułem jak bardzo gorąca jest kawa, jak mocno parzy mnie w podniebienie, a pomimo to, bez żadnej reakcji rozkoszowałem się jej smakiem. Pozwalałem sobie na te przezroczyste cierpienia. Chłód unoszący się w mieszkaniu nie był tak zimny. Rozpływająca się rana nie bolała. Wrzątek nie parzył skóry tak mocno. Ból jakby stracił sens swego istnienia. Rodził się w głowie i tam się kończył. Zwykłe zaburzenie nerwowe, które miało prawo bycia przy nadmiernych ilościach alkoholu. Ale to nie wszystko, od tamtej pory czuję się jakby ktoś przed oczami założył mi jakiś mniej kolorowy filtr. Wszystko jakby nabrało innych odcieni i intensywności swych barw.
Godzina 9:20. Kawa w kubku szybko zamieniła się w ciepły muł na dnie, który jeszcze delikatnie parował oddając swe ciepło powietrzu w kuchni. Krew tłoczyła się szybciej, serce biło jak po długim kilometrowym biegu. Skóra na głowie robiła się coraz cieplejsza. Ręce mniej drżały, a ja bez ruchu siedziałem znużony czując jak słońce oślepia mi jedną część twarzy. Tak bez żadnego ruchu przesiedziałem cały ranek zastanawiając się właściwie nad niczym konkretnym. Chwilami przewijały się wspomnienia, odgłosy zza okna i ścian, zimny szklany blat, na którym położyłem rękę i pytanie, po co jutro się obudzić.
Flegmatycznym ruchem włożyłem kubek do umywalki i podszedłem do okna. Opierając się jedną ręką o ścianę zasłaniałem swe oczy od piekącego słońca, którego promienie po spotkaniu z dłonią rzucały na mą twarz nieco zimniejszy cień.
Jedno spojrzenie
I wtedy krew jakby zastygła w miejscu na sekundę, a oczy zwilżyły się niezauważalnie. Nieświadomym gestem dłoni dotknąłem palcami ciepłej szyby, jakby zaczesując jej włosy, które opadały delikatnie, unoszące powiewem wiatru, na jej twarz. Poczułem zapach kobiecych perfum, który zamkną mi oczy na moment, rozluźnił mięśnie. Łza spłynęła szybkim swym nurtem jeszcze po szyi.
Wybiegłem na zewnątrz.
rzemyk 2006-01-24 22:10:03 skomentuj(9)
Rzygające księżyce - part VI
Otworzyłem drzwi od mieszkania. Tylko światło, które przeszyło przedpokój na parę sekund, rozświetliło to dnie sarkofagu, które gniło bez życia już kolejny dzień. Przepełnione ciszą, zastygłe, nieme. Teraz wydawało się tak bardzo obce, nieznajome życiu, ciepłu, jakie niegdyś biło już po pierwszym kroku, jakie stawiało się w tym pomieszczeniu. Teraz ocieka tylko wspomnieniami. Jaki chłód tam wtedy panował. Nikt nie podkręcił na noc kaloryferów, złudnego ciepła na zawołanie, i niemalże bez różnicy pokonywało się klatkę schodową przekraczając progi drzwi wejściowych. Ściągnąłem płaszcz, zamknąłem drzwi, odłożyłem klucze. Poszedłem do łazienki. Nie zapalając światła zamknąłem się w niej i położyłem przy ścianie. Poczułem lodowaty dotyk podłogi, który wysysał resztki chłodu z mej krwi. Było tak ciemno, że nie mogłem zobaczyć nawet swoich dłoni. Żadnych okien, żadnej szczeliny w drzwiach. Żadnego światła, które mogłoby mnie zobaczyć. Łzy zaczęły spływać mi po twarzy delikatnie wtapiając się z miękki ręcznik. Na nim, jej zapach. Słodki zapach jej włosów, który potęgował wbijającą się świadomość jej nieistnienia. Dziwne, niezrozumiałe ruchy, zaczęły formować moje ciało, a autystyczne gesty, zamykały gdzieś we mnie resztki świadomości. Łzy, jęki, cisza. Wszystko w ciemnej, szczelnie zamkniętej łazience, gdzie rozsądek stracił jakiekolwiek przywileje. I tak przez kilkanaście bolesnych minut. Czułem jak myśli wybiegają poza ciało, jak cierpienie uchodzi ze mnie w każdym geście, w każdej łzie, każdym jęku. Powoli moje ciało zaczynało się uspokajać. Ręce, jakby coraz słabiej drżały, krople łez poczynały zasychać pod przekrwionymi oczami. Ruchy, wydawały się bardziej oswojone. Oddech sam powoli normował ciężkie wdechy ciemnego powietrza. Zastygłem bez ruchu. Głowa moja spoczywała na wyprostowanej wzdłuż ciała ręce. Wzrok jakby zamarzł w jednej pozycji spoglądając gdzieś w głębię ciemności. Leżałem tak, bez najmniejszego ruchu palcem przez długi czas. Jak żałośnie wtedy musiałem wyglądać. Taki słaby, poddany emocją, uczuciom. Poddany sobie samemu. Wstałem, włożyłem głowę pod kran i puściłem zimną wodę. Przemyła one słone ślady po łzach, które wyżerały czerwone znamienia na policzkach. Wyglądało to niczym krew, zostawiając po sobie ślad na twarzy, popłynęła z mych oczu. Zapaliłem światło. Długim, energicznym ruchem rozwinąłem sporą część papieru toaletowego i wydmuchałem całą wilgoć, jaka osadziła się w zarumienionym nosie. Nie patrząc w stronę lustra, wrzuciłem ręcznik do kosza na pranie, znajdujący się tuż pod nim. Wyszedłem z łazienki, jak gdyby nigdy nic. Kolacja, ciepła herbata, tabletki. Skończywszy jedzenie, wziąłem do połowy pusty, ciemny, granatowy kubek i poszedłem do sypialni. Włączyłem z niechęcią i świadomością, że na przycisku spoczywał jeszcze Jej dotyk, lampę, dokładnie tą, jaka zawsze paliła się, gdy pisała Ona swoje książki. Z identycznym pohamowaniem, zachowałem się z przyciskiem uruchamiającym komputer. Ostrożnymi ruchami, odszukałem ostatnio otwarty plik.. Był to: „Rzygające_księżyce.doc”. Zacząłem czytać.
(…) Słowa jak żyletki spływały mu z powrotem do gardła. Nie mógł jej tego powiedzieć. Jej, jedynemu szczęściu, jakie spotkało go w życiu. Nikt nigdy wcześniej nie kochał tak, jak on ją. Po prostu nie mógł. Unikał jej spojrzenia. Głębokim oddechem hamował, gromadzący się w nim, płacz. Przecież, to tylko jedno zdanie. Tylko jedno zdanie, które ćwiczył cały poranek. - No powiedz to wreszcie. – krzyknął w głowie sam do siebie - Łza spłynęła po jego policzku. Szybkim ruchem, wytarł ją w róg pościeli. Na szczęście nie zobaczyła tego Ewa, wyjmująca czystą piżamę z plecaka.
- Dziś zostanę trochę dłużej, nie obrazisz się ? – Zapytała z ciepłym uśmiechem na twarzy, jakby z zadowoleniem, że rozplanowała trochę więcej czasu dla niego.
- Zrobisz cos dla mnie ?
- Oczywiście, o co chodzi ? – I znów ten niewinny uśmiech pojawił się na jej twarzy. Dla tego uśmiechu jeszcze budził się rano. Nie poddawał się. Ale wiedział, że to kiedyś musi się skończyć. Im prędzej tym lepiej. Dla niej. Wszystko dla niej.
- Cokolwiek by się działo, nie zapomnisz o mnie prawda ?
- Oczywiście że nie, w ogóle skąd Ci przychodzą do głowy takie pytania ? – Mała, ironiczna cisza nastała po tym zdaniu. Znów wszystko, by tylko odciągnąć jego temat jak najdalej. By, jak najmniej o tym myślał.
- Wiesz… jeszcze przed tym…
- Tak ?
- Trochę przed tym całym zamieszaniem, ze mną, szpitalem… - Czuł to przenikliwe spojrzenie na jego oczach. Wiedział, że nie chciałaby, aby kończył to zdanie. Nie chciała tego. – Ewa, zdradziłem cię. – I wtedy, jakby wszystkie dźwięki pękły rozpływając się w ciszy.
Jej wzrok zaczął błądzić po pościeli. Brwi delikatnie przymrużyły się jakby z niedowierzania. Oczy stawały się coraz bardziej wilgotne. Zamknęła je na chwilę, po czym wstała. Zaczęła pakować swoje rzeczy. Gdy skończyła, jej wzrok skupił się na nim. Podeszła i pocałowała go w policzek, jakby chcąc powiedzieć jeszcze słowo do ucha. Jej delikatne rude włosy, po raz ostatni dotknęły jego bladej twarzy, a jej kobieca dłoń ostatni raz musnęła jego ręki. Nie powiedziała nic, wyszła.
- Czemu mi to robisz !? – Wyszeptał, i z ostatnim słowem z wielkim trudem przewrócił się na brzuch. Jego twarz wtopiła się w poduszkę, idealnie przylegając w te miejsca, które odpowiedzialne za oddychanie, niczym duszone spoczywały teraz na materiale. Jego twarz rozdarło nieopisane cierpienie. Zaczął płakać. Poduszka niezgrabnie tylko tłumiła jego krzyki, złość i ból. Zaczął wdychać przez nią powietrze, jakby czekając aż się wreszcie skończy, czując jednocześnie obrzydzenie, że jeszcze oddycha. Ale powietrze wciąż tam było. Tym razem poczucie bezradności przytłoczyło każdy odgłos, jaki z siebie wydawał. Została tylko cisza i łzy.
Niedługo po wyjściu Ewy, pielęgniarka, która przez przypadek zauważyła leżącego plecami do góry chłopaka, pomogła przetoczyć go z powrotem do normalnej pozycji, pytając jednocześnie o powód leżenia w ten sposób. Wytłumaczył się odparzeniami, jakie zaczęły pojawiać się od nieustannego leżenia w łóżku.
- Przyniesie mi siostra wózek? Chciałbym pojechać na świetlicę pooglądać telewizję.
- Ty znów tam. Nie za dużo tej telewizji? – Odparła jakby z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy. – Może znalazłeś tam jakaś młodą pannę?
- Niech Pani nawet tak nie żartuje.
- Tylko pytam. A czemu siostra dziś tak wcześnie wyszła? Śpieszyła się gdzieś?
- Siostra?
- To nie rodzina? Tak panem się codziennie opiekuje, że myślałam, że to pańska siostra. Niech pan bierze z niej przykład. Ile ona ma w sobie energii. Bidulka… – Jaki wstręt wtedy do siebie poczuł. Z niepewnością pocieszał się tylko swoją decyzją
- Proszę, niech siostra przywiezie mi ten wózek.
- No już chwilka. Zaraz wracam. – Po chwili przyszła pchając przed sobą szpitalny, jasny wózek dla niepełnosprawnych. Jaką oznaką słabości był dla niego ten niewygodny fotel na kółkach. Dobitną zapowiedzią bezsilności, nieporadności, nawet śmierci.
- Podaj mi rękę, pomogę ci. – Powiedziała pielęgniarka, wysuwając swoją dłoń w jego stronę.
- Dziękuję, ale niech siostra przytrzyma tylko wózek.
- Wiesz, że taką postawą nic nie zdziałasz. – Odparła widząc, jak męczy się on z uniesieniem swojego ciała na dwóch, mizernie zbudowanych ramionach. – Pomogę Ci. – Powiedziała nie mogąc patrzeć na jego męki i wysiłek.
- Niech siostra nie pozbawia mnie resztki mojej samodzielności. Dziękuje, ale poradzę sobie. – I ostatnimi siłami udało mu się przetoczyć na ruchomy fotel. Po czym jakby z niezmordowaną ambicją zaczął sam wprawiać go w ruch i kierować w stronę świetlicy. Współczucie wtedy wyjątkowo przeszyło nawet pielęgniarkę, którą nieczęsto dotykały refleksje na temat sprawiedliwości na tym świecie.
- Jak dobrze, że ma kogoś, kto się nim opiekuje. Ale ta bidulka, biedna wykończy się przy nim. – Pomyślała usiadłszy na chwile, poczym wyszła po chwili z pustego pokoju.
Pod wieczór, gdy wiedział, że zaraz przyjdzie po niego jakaś pielęgniarka, możliwie jak najciszej udał się z powrotem do swojego pokoju. Wtedy już wszystko było obmyślane, każdy szczegół zaplanowany, niemalże z piekielną dokładnością. Nie zapalając światła, podjechał do łóżka od strony okien, by każdy, kto wchodził do pomieszczenia widział go śpiącego, a nie będący za nim wózek. Z trudem wtoczył się z powrotem na łóżko i udając że śpi, czekał na pielęgniarkę która po raz ostatni już odwiedzała pokoje pacjentów. I czekał tak, dokładnie do godziny pierwszej w nocy. Na stoliku, tuż obok, naszykował zawiniętą w ścierkę szklankę, którą po kryjomu ukradł starszej pani na świetlicy. Z trudem, ale zachowując największą ostrożność wtoczył się na pozostawiony wieczorem fotel dla niepełnosprawnych i wyglądając jeszcze ostrożnie zza drzwi upewnił się, czy nikt nie idzie. Chusta z szklanką spoczywała już na jego bezwładnych nogach, gdy on zmierzał ku łazience. Ostrożnie uchylił drzwi i wjechał do środka na wyłożoną kafelkami podłogę. Zamknął zamek od środka. Ruchy jego zaczynały być coraz bardziej energiczne, zdenerwowane, niepewne. Szybko chwycił niebieską miskę, jaka podparta o ścianę leżała pod zlewem. Jedną stronę chusty przyłożył do kranu, drugą zaś do środka miski. Odkręcił gorącą wodę, i niemalże bez żadnego dźwięku woda sącząc się przez ścierkę napełniła do połowy plastikowe naczynie. Zakręcił kran i znów owinął mokrą chustą szklankę. Położył ją na udach, po czym biorąc zamach uderzył w nią z całej siły. I znów obyło się bez większego hałasu. Chwycił największy z zbitych kawałków szkła i włożył go do miski, którą położył na kolanach. Całą resztę zawiną starannie i zostawił w zlewie. Podjechał pod okno, które jako jedyne rozświetlało osnute w cieniu pomieszczenie. Zamknął oczy. Jego lewa dłoń chwyciła odłamek szkła, który zanurzony w gorącej wodzie, jakby tylko czekał na wykonanie egzekucji. Zrobił to. Jedno szybkie pociągnięcie wzdłuż nadgarstka owinęło czerwienią jego całą bladą rękę. Serce jego biło tak mocno, ze niemal przez ubranie można było dopatrzyć się pulsującego tupotu serca. Zęby boleśnie zacisnęły się nie chcąc wypuścić krzyku, jaki ściskał go za płuca. Ręce trzęsły się niczym z zimna w gorącej wodzie. I krew, wszędzie krew, na jego ubraniu, podłodze, w misce. Pogrążona w smutku odbijała w sobie czerwone światła gwiazd. Opuścił on głowę opierając ja na ramieniu i wyszeptał resztkami sił.
– Wybacz. Mam nadzieje, że zrozumiesz. Dla niej wszystko, dla Ewy. Jakie życie by ze mną miała. Postępujący paraliż zamienia mnie w plastik nie w człowieka. Przeproś ją ode mnie. Proszę, przepraszam, dziękuje, za wszystko. - I tylko jeszcze kontem oka spojrzał w stronę okna, czując jak obraz zamazuje mu się przed oczami. Jak ciemna masa oblewa swą nicością świecący księżyc. A ten niczym rzygając ciemnością płacze w jego stronę.
rzemyk 2005-10-12 16:34:08 skomentuj(14)
Rzygające księżyce - part V
Gdy wróciłem do domu był już późny wieczór. Latarnie po kolei rozświetlały nagie od swych owoców konary drzew i odbijając swe światło od wilgotnej drogi, pokrytej miejscami jesiennymi liśćmi, dawały wyjątkowe wrażenie, niespotykanej nigdzie indziej, koligacji czerni z błyszczącym kolorem pomarańczy. Od czasu do czasu przejeżdżał jakiś samochód z wolna, który znikał tuż za zakrętem prowadzącym do centrum miasta. Przy wejściu do bloku zaczepiła mnie sąsiadka. Była to niepowtarzalnie miła starsza kobieta, która często gościła u nas w mieszkaniu. Miała na imię Anna, podczas II wojny światowej, jeszcze jako mała dziewczynka, została odseparowana od swej rodziny, której od lat bezskutecznie szuka poza granicami państwa. Jej, cudem udało się przetrwać w ojczyźnie pod opieką anonimowych osób. Żona ją ubóstwiała, zawsze miały na siebie jakiś magiczny, pozytywny wpływ. Co roku zapraszaliśmy ją na święta Bożego Narodzenia, które razem w trójkę spędzaliśmy przy uroczystej kolacji i zapachu świerkowej choinki. Zupełnie jak żona, mimo przeżyć i blizn, jakie zadał jej los, miała w sobie niepohamowaną chęć do życia. Czasami tak bardzo były do siebie podobne, że niemal rozumiejąc się bez słów, przypominały jedną osobę. Tego wieczoru jeszcze raz powiedziała mi jak bardzo przykro jest jej z powodu żony. Przecież była dla niej prawie jak córka, której nigdy nie miała, jak rodzina, której część ponownie straciła. Czułem ten bolesny ciężar, jaki miała wtedy w głosie, którym rozdzierała me uczucia jeszcze mocniej, niemalże do końca, do granic ich wytrzymałości. Tylko ona chciała zostać dziś ze mną na tej drewnianej ławce i na szczęście ugięła się pod moimi prośbami, by wróciła do domu. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo zimny, a nie chciałem by przeze mnie nabawiła się przeziębienia. To błogosławieństwo mieć taką sąsiadkę, która nie odwróci się od problemów, wsadzając jednocześnie nos tylko w swoje sprawy. Pocałowałem ją w policzek dziękując jednocześnie. Powiedziałem, że chciałbym tego wieczoru zostać sam.
rzemyk 2005-09-26 22:27:15 skomentuj(3)
Rzygające księżyce - part IV
Po chwili zorientowałem się, że nie ma już przy mnie nikogo. Nie pamiętam jak długo siedziałem wtedy na tej drewnianej ławce ze wzrokiem wkutym w stos kwiatów, liści, wstęg i piasku, z całym moim szczęściem zakopanym właśnie tutaj, zaledwie krok ode mnie. Czułem jakby Bóg spluną na mnie swoja pogardą i chcąc zabić nie ciało a duszę, skremował wszystkie pokłady mej nadziei, radości i wiary. Łzy nieustannie gromadziły się w oczach powoli spływając po policzkach, po ustach i szyi. Miałem ochotę wydobyć z siebie przerażający krzyk, który brzmiał jak upośledzony bełkot. Tłumił się on i narastał jednocześnie ciskając mój żołądek i blokując płuca. Nigdy świat nie wydawał się mi być tak obojętny, czułem, że mógłbym, zasnąc, tak po prostu zamknąć oczy i już więcej się nie obudzić. Nie tutaj, nie w tym niewdzięcznym miejscu, który nigdy nie posmakował sprawiedliwości. Tak bardzo mi jej brakowało. Tylko ona usiadłaby wtedy przy mnie wiedząc jak bardzo jej potrzebuje. To dla niej żyłem. Dla niej poświęciłem całe moje życie, tylko po to by mogła zając się pisarstwem, swoimi książkami, których i tak nigdy pierwszy nie czytałem. Ale nie było jej wtedy przy mnie. Poczułem jak zimny jesienny wiatr, niczym bezpański kot wypieszczony za młodu, obciera się o mnie powodując dreszcze na całym ciele. Ręce zsiniały już przybierając kolor purpury. Nie było jej przy mnie. Nie było jej, przy mnie. Wkładając dłonie do kieszeni płaszczu zebrałem wszystko w jedną myśl. Po czym wstałem powoli i wyszeptałem sam do siebie.
Za każdym razem, gdy mówiłem do Ciebie, że kocham, nie kłamałem. Żyłem dla Ciebie, bo byłaś dla mnie wszystkim, czym mogłem sobie wymarzyć. Już nigdy tutaj nie wrócę. Wiedz, że zawsze będę o Tobie pamiętać.
rzemyk 2005-09-26 00:18:34 skomentuj(2)
Rzygające księżyce - part III
Nie pamiętam prawie nic z tego wieczoru. Rano obudził mnie potworny ból głowy, przeszywający, jak stado igieł kąpiących się w żyłach pomiędzy skórą a czaszką, od skroni aż po potylicę. Zerknąwszy kątem oka na dłonie splamione miejscami zaschniętą krwią, opuściłem bezwładnie głowę na ziemię. Oczy moje mrużyły się z bólu, tak jak mrużą się oczy patrzące ku słońcu. Leżałem na plecach przypuszczam około dwudziestu minut, wpatrując się w nagie konary drzew wraz z ich żółtoczerwonymi liśćmi, które jak w ostatnim swym tańcu, rozmarzone, opadały na ziemię. Wilgotny zapach wymiocin na moim płaszczu powodował narastającą niechęć do zamiaru powstania i doprowadzenia się do ładu. Przypuszczam, iż leżałbym tak jeszcze kolejne dwadzieścia minut gdyby nie para nastolatków, którzy zaniepokojeni patrzyli na mnie z oddali, chcąc dzwonić po pogotowie.
To smutne, że aby ktoś chciał mi pomóc musiałem doprowadzić się do takiego stanu, stanu w którym wyglądam jak kawałek pustego już ciała bez tłoczącej się krwi w środku.
Anemicznym ruchem podparłem się ręką i stanąłem o własnych siłach na nogach. Strzepnąłem jeszcze parę liści z mojego płaszczu i obtarłem zewnętrzną częścią dłoni przekrwione me oczy. Podniosłem z ziemi porozrzucane dokumenty, które jeszcze wieczorem znajdowały się w skórzanym portfelu z plikiem banknotów, chowając je do lewej kieszeni płaszczu. Z każdym stąpnięciem czułem zwichniętą, a może tylko nadwerężoną, stopę, która wybijała mnie z rytmu stawiania kroków, zmuszając do lekkiego podskakiwania na jednej nodze, nasilając tym samym ból mojej głowy. Jeszcze raz spojrzałem na jedną z dłoni by upewnić się tego, iż jest na nich krew. Opuściłem rękę i spojrzałem daleko przed siebie. W milczeniu, w powolnym swym tempie, z unoszącym się ode mnie zapachem potu, krwi i rzygów, zacząłem zmierzać do domu.
rzemyk 2005-09-13 23:36:36 skomentuj(2)
Rzygające księżyce - part II
Ta chwila, zaledwie parę sekund, które wypełniało czas, gdzieś pomiędzy stanem urojonego paraliżu wiary w życie a dzwonkiem budzika, przepełniona została kojącym widokiem.
Siedziała tam, jak zazwyczaj rano, pisząc swą kolejną książkę, a jej osoba wypełniona była niepowtarzalną wdzięcznością za życie, które już od samego rana nie pozwalało marnować ani minuty z każdego jej dnia. Tuż przy moim łóżku, zaledwie na wyciągniecie ręki. Leżałem tam patrząc na nią i czując jak serce moje z każdym uderzeniem jakby coraz wolniej biło, chcąc przystanąć i odpocząć, od chwili narodzin aż do teraz, by zatrzymać się, i już na zawsze zachować tą właśnie chwile. Gdy pierwsze promienie słońca, które zdążyły zadomowić się w mieszkaniu delikatnie dotykały jej ramion i pleców. Wplątywały się w jej piękne złote włosy zaczesane z tyłu głowy w jeden luźny kok, z którego miejscami wystawały pojedyncze, długie, kosmyki włosów. W powietrzu unosił się aromat świeżo zaparzonej kawy i słodki zapach wczorajszych kwiatów, których nikt nie włożył do wody. Delikatne, kobiece dłonie z srebrnym pierścionkiem, który dostała ode mnie na rocznicę i srebrną obrączką, którą założyła rok przed rocznicą i nigdy jej już nie zdjęła. Często przesiadywała, pisząc przy tym stoliku. Zamyślona, ze wzrokiem zawieszonym gdzieś w próżni, skradzionym przez jej wyobraźnię. Czasami można było zobaczyć delikatny uśmiech na jej ustach. Jak gdyby jej wymyślony świat zawstydzał ją przez moment i tylko przez moment, bo szybko zapisywała każdą chwilę, która mogła wydawać się wiecznością. Gdy pisała o rzeczach smutnych, patrzała tylko na klawiaturę, jakby bojąc się słów, które zdanie po zdaniu wyświetlały się na monitorze. Czasami wcześnie rano, czasami późno wieczorem. Nierzadko zasypiała właśnie tam, a jej ręce jakby jeszcze chcąc coś napisać, zastygły w miejscu, bezwładnie zasypiając na klawiaturze. Czasami wracając później z pracy, mogłem zastać ją właśnie w takim stanie. Śpiącą przy włączonym komputerze i zapalonej lampie stojącej tuż przy stoliku, wraz z zapachem świeżo otwartego wina i unoszącej się w powietrzu melancholii. Zamykałem wtedy komputer, i zanosiłem ją do łóżka. Starałem się nie robić dużo hałasu szykując kolacje i biorąc prysznic. Kładąc się obok, nieraz mogłem usłyszeć od niej wyszeptane „dziękuję” z zamkniętymi oczami i uśmiechem, dokładnie tym uśmiechem, który towarzyszył jej podczas pisania. Skrytym gdzieś między chwilowym przebudzeniem, szczęściem i dalszym snem. Dla tego słowa, mogłem zrobić wszystko. Dla tego słowa budziłem się co dzień rano.
Ta chwila, zaledwie parę sekund, które wypełniało czas, gdzieś pomiędzy stanem urojonego paraliżu wiary w życie a dzwonkiem budzika, niczym mrugnięcie oka, rozprysła się, niczym sen z bajki bez szczęśliwego zakończenia, w chwili, gdy zegarek pokazał punkt szóstą. Wtedy w oczach mych jakby coś pękło, zaczęły wypełniać się łzami, które przeniosły za sobą wspomnienia pogrzebu, kwiatów z czarnymi wstęgami, wszystkich tych ludzi, którzy cały czas spoglądali na mnie nieśmiele z obrzydzaniem, pogardą i współczuciem.
rzemyk 2005-08-02 00:41:28 skomentuj(4)
Rzygające księżyce - part I
W chwile przed sygnałem budzika, który jak kat swym dźwiękiem oddawał swój topór w moje ręce, bym sam wykonał egzekucję zgładzenia kolejnego dnia przed biurkiem w pracy, budziłem się samoistnie otwierając leniwie zaropiałe oczy. Wtedy, moje płuca wypełniały się głębokim porannym oddechem, poczym przewracając się na lewy bok, oczy me znów pozostawały zamknięte. Poczucie beznadziejności przytłaczało całą perspektywę dnia, bojąc się powiedzieć, że mogłoby tak wyglądać całe moje życie. Paraliż woli, i chwila melancholii – pięć minut przed dzwonkiem budzika. Starałem się o tym wszystkim nie myśleć, przecież mam jeszcze w zapasie trochę życia przed sobą, o ile nie wykończy mnie zawał, karmiący się jedną z niewielu przyjemności, jaką dawały mi fajki. Może dziś potrąci mnie jakiś frajer śpieszący się do pracy. W końcu, jak nie zginę to wypłacą mi to marne odszkodowanie i dadzą jakiś tydzień wolnego na pozbieranie się z wypadku – trzy minuty przed dzwonkiem budzika. Dziękuje Bogu za mieszkanie i pracę, za kolejny dzień.. Modlę się, chodź nie wierze. Bo jak wierzyć widząc cały ten głód na świecie, ból, cierpienie, poniżenie, śmierć, kalectwo, choroby, znieczulicę, narkotyki, gdzieś w nas, zanikający pierwiastek uczuć sprzedawany systematycznie za pożądane złotówki – minuta przed dzwonkiem budzika. Czasami jak kamień rzucony w wodę, zastanawiam się czy mam jeszcze tutaj jakieś zadanie. I wtedy otwieram oczy, widzę anioła. Jak nóż wbity w każdą myśl która zabierała mnie z tego świata. Słodki powiew życia, który kładzie swą delikatną kobieca dłoń na czole i szepcze „Wszystko się ułoży, musisz żyć dla mnie”.
rzemyk 2005-07-21 00:58:18 skomentuj(5)
|
|